The latest Tweets from Lauren Nicole (@Jace_Clary_MI). free follow from @clixfordsykes you're welcome
One night, Clary Fray is badly hurt in a fight with demons and isn't healing from a normal iratze rune. Jace and the other shadowhunters don't know what's wrong, but then, Clary is fine, but the after effects of the attack aren't over, for soon, things take a turn for the worst.
Jace on the other hand, believes that Michael Wayland is his father, but he doesn't know that Valentine was pretending to be Wayland, so when Valentine walks over, he stops Clary from killing him because "That is my father." Clary connects the dots (if they both have the same father, then htey must be siblings) quickly, while Jace needs to have
Jace found himself crying and laughing with happiness as he felt Clary's stomach rise and fall with her breathing, and he laid his head down on the part of the bed that was next to Clary's shoulder. Jace closed his eyes and cried with joy and happiness. Clary is alive, Jace thought. Clary is okay, she's going to be okay, she's breathing.
. Rozdzia艂 23 Spok贸j to dla nas co艣 obcego "To znajduje si臋 w Twoich ustach i w Twoim poca艂unku jest w Twoim dotyku i Twoich palcach. I jest we wszystkich tych rzeczach i tamtych rzeczach, kt贸re sk艂adaj膮 si臋 na to, kim jeste艣. A Twoje oczy s膮 zniewalaj膮ce." One Direction "Irresisible" - Hey wszystkim. - rzuci艂 Simon wchodz膮c do kuchni razem z Izzy - Widz臋, 偶e humor zn贸w ci dopisuje. - zauwa偶y艂a Maryse widz膮c u艣miech c贸rki - I b臋dzie dopisywa膰 ju偶 do ko艅ca 偶ycia. - za艣mia艂a si臋 chowaj膮c d艂o艅 - Czemu chowasz r臋k臋 ? - zapyta艂 Robert widz膮c jej gr臋 i u艣miech ch艂opaka - Bo musimy wam o czym艣 powiedzie膰. - Simon wyj膮艂 jej r臋k臋 i pokaza艂 pier艣cie艅 na palcu dziewczyny - A dok艂adniej o tym, 偶e Izzy jest ju偶 zaj臋ta. - Jeste艣my zar臋czeni. - doda艂a i cmokn臋艂a ukochanego - Zgodzi艂a艣 si臋 ? Jak偶e si臋 ciesz臋! Moja c贸rka znalaz艂a sobie fantastycznego narzeczonego. - Maryse podesz艂a do c贸rki, kt贸ra wsta艂a i j膮 przytuli艂a - Gratuluje. - przytuli艂a Simona. - Moja c贸reczka ju偶 na pewno za艂o偶y z艂ot膮 sukni臋. - za艣mia艂 si臋 Robert tul膮c j膮 i jej narzeczonego - No ch艂opie, uda艂o ci si臋 to, co nie uda艂o si臋 hordzie innych. - Jace klepn膮艂 Simona i u艣miechn膮艂 si臋 - Tak ci gratuluj臋. - Clary wpad艂a w ramiona Izzy - A ba艂a艣 si臋, 偶e z tob膮 chce zerwa膰. - za艣mia艂a si臋 rudow艂osa - A ty i wy wszyscy o wszystkim wiedzieli艣cie i o niczym nie powiedzieli艣cie. - rzuci艂a z wyrzutem czarnow艂osa - Mia艂a by膰 niespodzianka, siostra. - Jace uni贸s艂 d艂onie w obronnym ge艣cie i za艣mia艂 si臋 - Za to Simon ba艂 si臋, 偶e powiesz "nie". - Clary przytuli艂a przyjaciela i za艣mia艂a si臋 gdy u艣miechn膮艂 si臋 lekko - By艂abym najg艂upsz膮 dziewczyn膮 na 艣wiecie. - rzuci艂a i wtuli艂a si臋 w narzeczonego - Isabelle Lewis, nawet pasuje. - Tak w艂a艣ciwie, mam jeszcze jedn膮 niespodziank臋. - Simon pu艣ci艂 j膮 i spojrza艂 w jej oczy - Nie zmieniasz nazwiska. Ja to robi臋. - wyt艂umaczy艂, a ona powoli wypu艣ci艂a powietrze z p艂uc - Jak to ? - zapyta艂a po chwili - Lewis nie jest nazwiskiem Nefilim. Lightwood jest. A 偶e nie zmienia艂em nazwiska, spyta艂em Jii, czy m贸g艂bym przyj膮膰 偶ony. Zgodzi艂a si臋 i tak oto pewne wspania艂e nazwisko raczej nie przepadnie szybko. - Isabelle i Simon Lightwood. - powiedzia艂 z u艣miechem Robert - Mo偶e by膰 kochanie, czy chcia艂aby艣 inaczej..... - nie sko艅czy艂, bo 艁owczyni poca艂owa艂a go w usta - Jest dobrze, tak jak b臋dzie, bo z tob膮. - rzuci艂a i usiad艂a do sto艂u Emocje opad艂y, gdy kom贸rka Clary zadzwoni艂a. Wyj臋艂a j膮 z kieszeni i odebra艂a wstaj膮c od sto艂u i podchodz膮c do 艣ciany opieraj膮c o ni膮 plecy. - Tak Luke ? - spyta艂a Po sekundzie w艂膮czy艂a g艂o艣nom贸wi膮cy i podesz艂a do sto艂u - Powiesz co si臋 dzieje ? - spyta艂a, a na jej twarzy i g艂osie wida膰 by艂o zmartwienie - Magnus jest u nas. - us艂yszeli lekko zniekszta艂cony g艂os wilko艂aka - Jocelyn chcia艂a ci inaczej powiedzie膰, ale nie chcemy czeka膰 i powiedzie膰 ci od razu. - Co si臋 dzieje ? - zapyta艂a zn贸w lekko podnosz膮c g艂os - Nie wiem jak to uj膮膰, ale.... - trzeszczenie w telefonie zag艂uszy艂o jego g艂os - Luke nic nie s艂ycha膰. Czy ty jeste艣 przy drodze ? Luke! - krzykn臋艂a w ko艅cu do telefonu - To przez magi臋 Magnusa. - us艂yszeli po chwili - W艂a艣nie teleportowa艂 si臋 do mieszkania. - Nie m贸w mi o nim tylko powiedz co si臋 sta艂o. - rzuci艂a w ko艅cu siadaj膮c i podbieraj膮c r臋k膮 g艂ow臋 - No c贸偶... B臋dziesz starsz膮 siostr膮. - powiedzia艂 w ko艅cu likantrop S艂ysz膮c to niemal zastyg艂a w bezruchu z oczami wlepionymi w telefon. Jace patrzy艂 na ni膮. Simon w telefon tak jak Izzy. Maryse i Robert spojrzeli na siebie i zn贸w na telefon. - Jocelyn jest w ci膮偶y ? - zapyta艂a Maryse widz膮c, 偶e Clary nie zdo艂a si臋 upewni膰 - Magnus to potwierdzi艂 kilka minut temu. Jocelyn jest w ci膮偶y. - s艂ysze膰 by艂o dum臋 wilko艂aka, ale te偶 i lekki l臋k - B臋dziecie mieli dziecko. - powiedzia艂a w ko艅cu Clary z u艣miechem na twarzy - Na to wychodzi. - odpar艂 wilko艂ak - Clary, to mo偶e by膰 dla ciebie dziwna sytuacja, ale... - Dziwna ? - zapyta艂a - Raczej wspania艂a. Tyle lat marzy艂e艣 o 艣lubie z mam膮, a teraz b臋dziesz z ni膮 mie膰 dziecko, a ja m艂odsze rodze艅stwo. Jak mama ? Luke chyba nie spodziewa艂 si臋 takiej reakcji. Nast膮pi艂a cisza. - Sama ci powie. - us艂yszeli ko艅cu - Wy wszyscy jeste艣cie uparci jak os艂y. - us艂yszeli g艂os Jocelyn. Chyba m贸wi艂a do Luka - Clary, s艂onko, chcia艂am ci inaczej powiedzie膰, ni偶 przez telefon, ale pewna osoba uparta jak mu艂. - za艣mia艂a si臋 lekko w telefonie, to samo zrobili zebrani w kuchni wiedz膮c, 偶e to przez wilko艂aka, kt贸ry znalaz艂 si臋 ko艂o 偶ony i albo szepn膮艂 jej co艣 do ucha, albo po prostu by艂 przy niej - Chcia艂a ci to przekaza膰 od razu. - Rozumiem. Jak si臋 czujesz ? - Dobrze, cho膰 gdy ta my艣l przesz艂a mi przez g艂ow臋 nie mog艂am uwierzy膰. Kiedy Luke zobaczy艂, 偶e co艣 jest nie tak, od razu poprosi艂 Magnusa o wizyt臋 i ju偶 musz臋 uwierzy膰, 偶e jestem w ci膮偶y. - To fantastycznie. - Clary u艣miecha艂a si臋 - Mamo, to mo偶e nie jed藕 z nami do Wenecji ? Pami臋tasz ? To ju偶 jutro. - Ach, no tak. - kiedy to powiedzia艂a, jej c贸rka wyobrazi艂a sobie jak klepie si臋 po czole - Zapomnia艂am, ale jad臋. Mo偶e od razu wypatrzymy co艣 dla ciebie ? - Nie. - rzuci艂a szybko - To dzie艅 Amaty. Ja suknie b臋d臋 wybiera膰 w styczniu. - Ju偶 to wiesz ? - zapyta艂a przez telefon obecna ci臋偶arna - Tak. Tak si臋 um贸wi艂am. - To jutro si臋 zobaczymy. - chyba chcia艂a co艣 powiedzie膰, ale przerwa艂 jej 艣miech - Luke nie da jej spokoju. - rzuci艂a Clary z u艣miechem - B臋dzie musia艂. Jest w trzeciej ci膮偶y. - zauwa偶y艂a Maryse - Chodzi mi o jego nadopieku艅czo艣膰. - schowa艂a telefon i zanios艂a swoje naczynia do zmywarki - Ju偶 idziesz anielico ? - Jace szybko sprz膮ta艂 swoje naczynia i wyszed艂 za ni膮 Wszyscy si臋 pou艣miechali. Teraz najcz臋艣ciej tam gdzie by艂a Clary by艂 i Jace. Ju偶 nawet razem spali, a osobne sypialnie mieli tylko przez rzeczy. Lisiczka, kt贸r膮 Clary dosta艂a r贸wnie偶 za nimi chodzi艂a, cho膰 czasami dawa艂a im spok贸j, gdy偶 zasypia艂a w 艂贸偶ku w艂a艣cicielki. Nast臋pnego dnia Clary czeka艂a w holu na Izzy. Siedzia艂a na kanapie z Jace'em i po raz kolejny zastanawiali si臋 nad propozycj膮 Michaela. - Mo偶e zr贸bmy 艣lub u nich w rezydencji albo w naszej. - rzuci艂 Jace - To decyzja. Chce im dzi艣 powiedzie膰. - siedzia艂a na jego kolanach i po raz kolejny m贸wi艂a, 偶e miejsce dla niej jest oboj臋tne. Niestety Jace s膮dzi艂 tak samo m贸wi膮c, 偶e najwa偶niejsza jest ceremonia i noc po艣lubna. - Nasza. - powiedzia艂 w ko艅cu - Lepiej b臋d臋 si臋 czu艂 wiedz膮c, 偶e za rogiem nie czai si臋 horda wampir贸w. - A wi臋c nasza. - opar艂a czo艂o o jego i musn臋艂a jego wargi. Przypomina艂o to dotyk motyla. - Clary, musimy ju偶 i艣膰. - us艂yszeli Izzy Niepo艣piesznie zesz艂a z jego kolan. - Uwa偶aj na siebie. - rzuci艂 z u艣miechem wchodz膮c z nimi do windy - Idziemy na zakupy, nie na polowanie. - rzuci艂a jego siostra - Ona wsz臋dzie wpadnie w k艂opoty. - obj膮艂 j膮. Zapi膮艂 jej guziki od czarnego p艂aszcza i delikatnie w艂o偶y艂 kaptur obszyty czarnym futrem. - Co racja, to racja. - rzuci艂a 艁owczyni i wysz艂a z windy Wysz艂y na dw贸r. Wia艂 zimny wiatr. Pod ko艣ci贸艂 zajecha艂a w艂a艣nie furgonetka Luka. Wilko艂ak wysiad艂 z niej i pom贸g艂 to zrobi膰 Jocelyn. Wed艂ug Clary nic si臋 nie zmieni艂a. By艂a w czarnym p艂aszczu. Wida膰 by艂o czarne spodnie i r贸wnie偶 tego koloru kozaki. Wok贸艂 szyi mia艂a bia艂y szal. Na g艂owie mia艂a kaptur obszyty r贸wnie偶 bia艂ym futerkiem. W og贸le nie wida膰 by艂o, 偶e ta kobieta jest w trzeciej ci膮偶y. "Ledwo pierwszy miesi膮c." pomy艣la艂a. - Cze艣膰 mamo. - powiedzia艂a wychodz膮c na przeciw i delikatnie j膮 przytulaj膮c. - Gratuluj臋. - Dzi臋kuj臋. A teraz powiedz temu przewra偶liwionemu wilko艂akowi, 偶e przy pierwszym miesi膮cu nie wymagam opieki jak osoba upo艣ledzona. - wszyscy spojrzeli na Luka - Martwi臋 si臋. - wzruszy艂 ramionami - Bo nie wiem, czy powinna艣 korzysta膰 z Bramy w ci膮偶y i to na tak daleki dystans. - Powiedz mu co艣, bo... - Jocelyn spojrza艂a w jego oczy i od razu u艣miechn臋艂a si臋 艂agodnie. Wtuli艂a si臋 w niego i lekko uca艂owa艂a w polik - Wiem co robi臋. - powiedzia艂a w ko艅cu - Teraz jeste艣 w ci膮偶y z wilko艂akiem, nie z Nocnym 艁owc膮. - zaprzeczy艂 jej m膮偶 - Jaka jest r贸偶nica ? Przecie偶 dziecko rodzi si臋 Nefilim. - zaprzeczy艂 Jace, kt贸ry bez p艂aszcza sta艂 w drzwiach - Ci膮偶a niby jest troch臋 bardziej bolesna, ale jak na razie jest normalna. W dodatku donosi艂am demona w moim dziecku, podczas powstania anio艂a, a p贸艂wilko艂aka nie donios臋 w normalniejszych warunkach ? - spojrza艂a na niego z wyrazem pytania na twarzy i w oczach - Ale teraz o pocz膮tku jest nim. W dw贸ch poprzednich stawa艂o si臋 inne, a teraz si臋 nie zmieni. - Luke stara艂 si臋 postawi膰 na swoim wszystkimi sposobami - Gdybym ci臋 teraz s艂ucha艂a, le偶a艂abym w 艂贸偶ku i bardziej cierpia艂a ni偶 my艣lisz, bo kr臋gos艂up nie wytrzyma艂 by obci膮偶enia w postaci w贸d p艂odowych i samego dziecka. - odpar艂a i opu艣ci艂a jego ramiona - Clary otw贸rz Bram臋, bo si臋 sp贸藕nimy, a m贸j kochany przewra偶liwiony m膮偶 pomimo moich protest贸w zabierze mnie do domu. Clary podesz艂a do muru. W kilka chwil powsta艂a Brama. Jocelyn cmokn臋艂a m臋偶a i podesz艂a do Bramy. Izzy r贸wnie偶. Obie patrzy艂a jak Clary ogl膮da si臋 za siebie. U艣miechn臋艂a si臋 i podbieg艂a do Jace'a. Z艂apa艂 j膮 i delikatnie podni贸s艂 z艂膮czaj膮c ich usta. - Id藕. Napisz mi kiedy b臋dziecie wraca膰 to co艣 przygotuj臋. - szepn膮艂 opuszczaj膮c j膮 zimnymi ramionami - Id藕 pod koce. Przemarz艂e艣. - odpowiedzia艂a i ruszy艂a ku Bramie. U艣miechn膮艂 si臋 gdy j膮 przesz艂y i znikn臋艂y. We trzy wyl膮dowa艂y przed rezydencj膮 wampir贸w. By艂o tu pi臋knie. Buki mia艂y li艣cie w r贸偶nych kolorach i ju偶 zaczyna艂y zasypywa膰 艣cie偶k臋 pomara艅czowo-z艂oto-czerwonym dywanem z szeleszcz膮cych li艣ci. Sam budynek wygl膮da艂 na zadbany, ale pusty. Nie zra偶ona Jocelyn wesz艂a na ganek i zapuka艂a ko艂atk膮 w kszta艂cie anio艂a. Otworzy艂a m艂oda wampirzyca ubrana w czarn膮 sukni臋 ozdobion膮 koronk膮 i zapinan膮 pod szyj膮. R臋kawy sukni by艂y d艂ugie, z samej koronki, co pi臋knie kontrastowa艂o z jej idealnie bia艂膮 sk贸r膮. Jej blond w艂osy by艂y rozpuszczone i swobodnie opada艂y na ramiona. Jej oczy by艂y niebieskie i jakby blade. - Pani Jocelyn. - u艣miechn臋艂a si臋 nieznacznie i dygn臋艂a. Przenios艂a spojrzenie na Clary - Mi艂o mi zobaczy膰 chrze艣nic臋 mojego pana w zdrowiu. - dygn臋艂a jej - Witam panno Lighwood. - schyli艂a g艂ow臋 patrz膮c na Izzy - Zapraszam. C贸rki mojej pani zaraz przyjd膮 do holu. - wpu艣ci艂a je i wskaza艂a kanapy na kt贸rych usiad艂y - Za zgod膮. - leciutko dygn臋艂a i odesz艂a pe艂nym elegancji krokiem - Co to by艂o ? - zapyta艂a Izzy - Taka jest tu regu艂a. Wszystkie wampiry przyzwyczai艂y si臋 do rz膮d贸w Michaela tak bardzo, 偶e etykieta wnikn臋艂a im do zachowania. - odpar艂a Jocelyn - Zaakceptowa艂y takie rz膮dy ? Nie wyobra偶am sobie jak trudno by艂o mu na pocz膮tku. - 艁atwiej ni偶 my艣lisz. - us艂ysza艂a g艂os Amaty - Wiesz, wampiry lubi膮 w艂adz臋, a 偶e wraz z Michaelem do klanu przyszed艂 respekt innych wampir贸w i wzgl臋dna ochrona przed Nefilim. Szybko zapanowa艂 porz膮dek taki, jaki jest do dzi艣. Sz艂a ko艂o Anastazji, Klary i Esme. Wszystkie wygl膮da艂y osza艂amiaj膮co. Najwa偶niejsza dzisiejszego dnia Amata mia艂a na sobie czarne leginsy i brzoskwiniow膮 tunik臋 z czarnym po艂yskuj膮cym paskiem pod biustem. Na nadgarstku by艂a do艣膰 gruba i mocna bransoleta koloru czarnego, a w uszach mia艂a czarne kolczyki w kszta艂cie skrzyde艂. Na rami臋 mia艂a zarzucon膮 bia艂膮 torebk臋. Czarne, pe艂ne szpilki dope艂nia艂y stroju. Anastazja wygl膮da艂a delikatnie w ciemno kremowych spodniach i bia艂ej bluzce. Bi偶uteria by艂a mniej delikatnym akcentem ubioru. Naszyjnik przypomina艂 w臋偶a na szyi i Izzy pomy艣la艂a, 偶e naprawd臋 tak jest, gdy zobaczy艂a z艂ote zapi臋cie. Bransoletka by艂 do zestawu : gruba, przypomina艂a w臋偶a oplecionego na r臋ce. Jej szpiki r贸wnie偶 mia艂a w tym samym gu艣cie : przypominaj膮ce sk贸r臋 w臋偶a. Torebka jednak by艂a delikatna : kopert贸wka, ozdobiona pofa艂dowanym materia艂em koloru kremowego. Klara sz艂a w sukience koloru herbaty i czarnych balerinach. Jej jedyn膮 bi偶uteri膮 by艂 d艂ugi naszyjnik ozdobiony r贸偶nymi kryszta艂ami i kamieniami w kolorach be偶u i br膮zu. Esme sz艂a w ubrana w odcieniach bieli, b艂臋kitu i szaro艣ci. Bia艂a bluzka kontrastowa艂a z szaro-b艂臋kitnym szalem wok贸艂 szyi. Ciemno b艂臋kitne spodnie wygl膮da艂y perfekcyjnie w kontra艣cie do bia艂ych szpilek. B艂臋kitne bransoletki ozdabia艂y nadgarstki i podkre艣la艂y jej niebieskie paznokcie. - To co ? Idziemy na zakupy ? - zapyta艂a bior膮c sw贸j p艂aszcz Esme - Po to przyjecha艂y艣my. - za艣mia艂a si臋 Izzy - Kto prowadzi ? - zapyta艂a Anastazja - Na dwa samochody jedziemy, a ja prowadz臋 jeden. - odpowiedzia艂a Klara bawi膮c si臋 kluczykami od samochodu z breloczkiem w postaci s艂o艅ca po艂膮czonego z ksi臋偶ycem - Kto drugi ? - Jedziemy samochodami ? A nie brama czy co艣 w tym stylu ? - zapyta艂a Izzy - No c贸偶 kochana, nasz salon jest i dla Podziemnych panien m艂odych i Przyziemnych. - Anastazja wyj臋艂a z miski klucze - Nawet nie wiesz ile dzi臋ki temu potrafimy zarobi膰 i ile pracownik贸w mo偶emy dzi臋ki temu zatrudni膰. Mo偶na powiedzie膰, 偶e rozwi膮zali艣my w ten spos贸b bezrobocie w Podziemiu. - Ca艂ym ? - dopyta艂a id膮c za ni膮 na zewn膮trz - Zatrudniamy nawet wilko艂aki. - rzuci艂a przez rami臋 - Jak si臋 dzielimy ? - To mo偶e ja, Clary i Izzy z Klar膮, a wy we trzy razem ? - zaproponowa艂a Jocelyn - Dobrze. - rzuci艂a Anastazja Posz艂y razem za dom. Okaza艂o si臋, 偶e by艂 za nim ogromny dziedziniec. Izzy zauwa偶y艂a boksy dla ptak贸w, teraz otwarte i puste, plac zabaw dla dzieci z domkiem na drzewie, staw wok贸艂, kt贸rego rozpo艣ciera艂 si臋 romantyczny ogr贸d z wierzbami p艂acz膮cym. Na uboczu sta艂 d艂ugi parterowy budynek z wielkimi drzwiami i ma艂ymi oknami. Tam w艂a艣nie si臋 skierowa艂y. Anastazja otworzy艂a drzwi i zaprosi艂a ich gestem do 艣rodka. Okaza艂o si臋, 偶e by艂a to wielka hala pe艂na samochod贸w i motor贸w. Izzy nie spodziewa艂a si臋 zobaczy膰 tak wielkiej r贸偶norodno艣ci. Sta艂y tam nowiutkie sportowe auta i motory, motocykle do motocrossa, samochody tak luksusowe, 偶e a偶 bi艂y po oczach pi臋knem. Sta艂y te偶 nieco starsze modele aut i motor贸w ale tak zachowane jakby nikt nimi nie je藕dzi艂. - Wow. Sporo aut. - skomentowa艂a id膮c za nimi ko艂o rz臋du po艂yskuj膮cych, wypolerowanych czteroko艂owych cacek - Maj膮c kas臋 i mo偶liwo艣ci skupujemy je. Klan te偶 nimi je藕dzi, czasami. - odpar艂a Esme. 艁owczyni zobaczy艂a, jak spod auta, na desce z ko艂ami wyjecha艂 nie wampir, a wilko艂ak umazany olejem. Mia艂 na sobie jeansowe spodnie na szelkach i popielat膮 bluzk臋. Jego sk贸ra by艂a lekko opalona. Mia艂 orzechowe w艂osy i zielone oczy. - Witam panie. - wsta艂 i u艣miechn膮艂 si臋 - Co do auta, wszystko z nim okey. Przegl膮d zaliczy艂 na celuj膮cy. - popatrzy艂 na czerwone sportowe auto i u艣miechn膮艂 si臋 - Tak dbacie o auta, 偶e przegl膮d to tylko na papierze musi przechodzi膰. - Mi艂o to s艂ysze膰 Edwardzie. - powiedzia艂a Esme z u艣miechem - Ciesz臋 si臋, 偶e tak szybko mog艂e艣 przyjecha膰 i jeszcze tu zrobi膰 ten przegl膮d. - Nie ma sprawy dla sta艂ych klient贸w. Powiem szczerze, 偶e praca dla waszego klanu to ju偶 nie obowi膮zek, a przyjemno艣膰. - Dzi臋kujemy. Id藕 do mojego ojca. On wyp艂aci ci nale偶no艣膰. Jeszcze raz dzi臋kujemy. - Esme patrzy艂a na auto - Zaraz p贸jd臋, tylko si臋 jeszcze wywoskuje i wypoleruje to cacko. Jutro przyjd臋 po艂o偶y膰 lakier. Przy kole odprys艂. - wskaza艂 miejsce, gdzie lakier odpad艂 - Jeste艣 z艂otym mechanikiem. - skwitowa艂a Esme i z u艣miechem odesz艂y do innych czarnych aut Izzy zauwa偶y艂a na masce przytwierdzon膮 figurk臋 anielicy. Klara siad艂a za k贸艂kiem. Jocelyn usiada艂a z przodu. Ona i Clary z ty艂u. W drugim samochodzie na przodzie usiad艂a Amata, ko艂o prowadz膮cej samoch贸d Anastazji. Esme siad艂a z ty艂u. Brunetka w ich samochodzie wyj臋艂a kom贸rk臋 i umie艣ci艂a w plastikowej r膮czce, kt贸ra trzyma艂a go. Odebra艂a po艂膮czenie od Anastazji. - Jedziecie przodem ? - spyta艂a odpalaj膮c auto - Okey. - us艂ysza艂y. Samoch贸d obok ruszy艂 i wyjecha艂 z hali. Pojecha艂y za nim. Izzy opar艂a si臋. Fotel w samochodzie by艂 wyj膮tkowo wygodny i obity czarn膮 sk贸r膮. Wygl膮da艂a przez okno. Dopiero teraz zrozumia艂a, 偶e rezydencja wampir贸w by艂a dwa, trzy kilometry oddalona od miasta. - A przy okazji, musz臋 wam o czym艣 powiedzie膰. - Jocelyn zwr贸ci艂a si臋 do Klary i wampirzyc, kt贸re dalej by艂y przy kom贸rce - Co takiego ? - Klara spojrza艂a na ni膮 i szybko zn贸w odwr贸ci艂a wzrok na drog臋 - Jestem w ci膮偶y. - powiedzia艂a delikatnie k艂ad膮c r臋k臋 na brzuchu - Zaczyna si臋 drugi miesi膮c. - Gratulacje. - us艂ysza艂y trzy wampirzyce przez telefon - Gratuluje. Jaki to szcz臋艣liwy dzie艅 dzi艣. - rzuci艂a Klara - Mo偶e powinna艣 zosta膰 w domu, a nie przyje偶d偶a膰 ? - Tak samo m贸wi艂 Luke. - za艣mia艂a si臋 - Jest dobrze. To b臋dzie raczej moja najspokojniejsza ci膮偶a. - Do trzech razy sztuka. - rzuci艂a Clary - Ciebie te偶 pewnie b臋dzie si臋 to tyczy艂o. Jace ju偶 teraz m贸wi, 偶e chce tr贸jk臋, czw贸rk臋 dzieci. - zauwa偶y艂a Izzy - Raczej chodzi mu o spos贸b ich tworzenia. - za艣mia艂a si臋 Amata w kom贸rce - Nie tylko. - Clary patrzy艂a przez zaciemnione okno - Jemu nie tylko na tym zale偶y. On naprawd臋 chce by膰 ojcem. - I pomy艣le膰, 偶e wszystkie te zmiany przysz艂y z tob膮. - Izzy spojrza艂a na ni膮 - Gdyby nie ty to nawet przez my艣l nie przesz艂a by mu my艣l bycia ojcem, a poproszony o definicj臋 dziecka pokaza艂 by co艣 o rozmiarach du偶ego kota. - Mo偶liwe. - rudow艂osa u艣miechn臋艂a si臋 i wyj臋艂a telefon z torebki - Jest niemo偶liwy. - poda艂a z u艣miechem Izzy kom贸rk臋 艁owczyni wzi臋艂a go i zobaczy艂a dwie wiadomo艣ci od Jace'a. Spojrza艂a na Clary. Skin臋艂a g艂ow膮. Otworzy艂a pierwsz膮. - Nie wpad艂a艣 w k艂opoty kochanie? XOXOX Je艣li nie wytrzymasz dzwo艅, p贸jd臋 do Magnusa, otworzy mi Bram臋 i zabieram ci臋. - przeczyta艂a u艣miechaj膮c si臋 - Uwaga drugi SMS. Anielico, odpisz czy jeste艣 na miejscu, bo si臋 martwi臋. A aaa i Per艂a te偶. W艂a艣nie gryzie trampki, kt贸re Izzy kaza艂a ci wyrzuci膰, a co schowa艂a艣 je w 艂azience. Posz艂y sznur贸wki. Moment... Nie martw si臋 jednak. To buty Izzy. Masz zdj臋cie. - 艁owczyni spojrza艂a i odda艂a jej telefon. Faktycznie na zdj臋ciu by艂y buty jej przyjaci贸艂ki - Zabije go. - warkn臋艂a - Daj mu spok贸j. Chce 偶eby艣my si臋 spieszy艂y. - wzi臋艂a telefon i odpisa艂a - Jeste艣my. - przerwa艂a im Klara
Siedzia艂a pod drzewem, w bujnym sadzie. S艂o艅ce przyjemnie grza艂o sk贸r臋 na jej policzkach, d艂oniach i ods艂oni臋tych ramionach. Spojrza艂a w dal, aby zobaczy膰 pi臋kne, roz艂o偶yste drzewa, kt贸re ci膮gn臋艂y si臋 a偶 do linii horyzontu, wype艂niaj膮c przestrze艅 zieleni膮 swych koron i plamkami ciep艂ych kolor贸w, stanowi膮cych ich owoce. Rozkoszny zapach, owion膮艂 j膮, kiedy powietrzem ruszy艂 drobny, ch艂odny wiaterek. By艂o przyjemnie, ale co艣 w tym miejscu niepokoi艂o j膮. By艂o zbyt cicho, jakby wszystkie inne 偶ywe istoty nagle znikn臋艂y, nie pozostawiaj膮c po sobie najmniejszego 艣ladu wcze艣niejszej bytno艣ci. By艂o po prostu pusto w tym miejscu, kt贸re pocz膮tkowo wydawa艂o si臋 jej skrawkiem raju. Powoli wsta艂a i zacz臋艂a si臋 rozgl膮da膰. Chodzi艂a od drzewa do drzewa, szukaj膮c 艣lad贸w, kto tu by艂 i czy na pewno by艂a tu sama. - Clary... - us艂ysza艂a cichy, mi臋kki szept za sob膮. Jace poczu艂, jak ukochana zacz臋艂a si臋 wierci膰. Zerkn膮艂 na Jocelyn, kt贸ra siedzia艂a na pod艂odze ko艂o ich 艂贸偶ka. Kobieta od razu zrozumia艂a o co chodzi i przesiad艂a si臋 na kraw臋d藕 pos艂ania. Delikatnie dotkn臋艂a d艂oni c贸rki i zacz臋艂a g艂adzi膰 j膮 po niej, jakby przeczuwa艂a, 偶e to, co zobaczy艂a nie by艂o dobr膮 wizj膮. Blondyn zas臋pi艂 si臋 w duchu. Stara艂 si臋, aby ta emocja nie wysz艂a na wierzch, gdy偶 wiedzia艂, 偶e je艣li zaraz dziewczyna si臋 obudzi i zobaczy jego zmartwienie nikomu nie wyjdzie to na dobre, a zw艂aszcza ich dziecku. Rudow艂osa w tym czasie g艂o艣no sapn臋艂a, po czym powoli otworzy艂a swoje powieki, a widz膮c pochylon膮 nad ni膮 twarz matki i ukochanego, delikatnie si臋 u艣miechn臋艂a. - Wszystko dobrze... - wyszepta艂a i pog艂adzi艂a po poliku twarz ukochanego. - Malachi ju偶 poszed艂? - Nie wiemy... Zasn臋艂a艣, wi臋c przynie艣li艣my ci臋 tu i... I czekali艣my a偶 si臋 obudzisz, bo to... Zn贸w co艣 widzia艂a艣? - zapyta艂 wprost, nie wiedz膮c jak delikatniej wypyta膰 dziewczyn臋. - To naprawd臋 nic wielkiego... Nic si臋 nie dzieje. - Clary - mrukn臋艂a surowiej Jocelyn. - Nie oszukuj nas... Martwimy si臋 o ciebie... Nie musisz sama znosi膰 nieprzyjemno艣ci... - Mamo... To moja... To akurat by艂a moja prywatna sprawa... Moja prywatna rozmowa i nie mog臋. Musisz to uszanowa膰, ale spokojnie... To nie by艂o nic bardziej gro藕nego od... Konsula, kt贸ry siedzia艂 na dole w salonie. - Skoro tak twierdzisz... - zacz臋艂a Jocelyn. - P贸jd臋 na d贸艂 zobaczy膰, czy Konsul dalej u nas bawi, a ty... Odpocznij. Jeste艣 w ci膮偶y. - To nie choroba - stwierdzi艂a, k艂ad膮c d艂o艅 na brzuchu. - To tylko ma艂a istotka rozwija si臋 we mnie. Jocelyn skomentowa艂a to jedynie u艣miechem, po czym wysz艂a z pokoju, zostawiaj膮c ich samych. Clary przez chwil臋 g艂adzi艂a sw贸j brzuch, po czym spojrza艂a na blondyna. P贸艂 le偶a艂 ko艂o niej, obserwuj膮c ka偶dy ruch jej r臋ki i co chwila zerkaj膮c na jej twarz, jakby upewnia艂 si臋, 偶e wszystko jest dobrze. - Je艣li b臋dzie si臋 co艣 dzia膰 to powiem, nie martw si臋. Na razie jest wszystko dobrze. - Zawsze b臋d臋 si臋 martwi艂... Zw艂aszcza, kiedy nagle b臋dziesz zasypia膰 w moich ramionach i nie reagowa膰 - mrukn膮艂 sucho. - To b臋dzie synek - wyszepta艂a, patrz膮c na jego twarz. - Powiedzieli ci? - Tak jakby... Cieszysz si臋? - Ju偶 sama perspektywa tego, 偶e b臋dziemy miel razem dziecko sprawia, 偶e w 艣rodku skacz臋 z rado艣ci... - Czemu tylko w 艣rodku? - Bo jakbym robi艂 to naprawd臋, Magnus my艣la艂by, 偶e co艣 si臋 ze mn膮 sta艂o, bo 24 godziny na dob臋 bym szala艂 ze szcz臋艣cia - mrukn膮艂 i delikatnie uca艂owa艂 j膮 w policzek. - Kocham ci臋... Nawet nie masz poj臋cia... Jak bardzo ci臋 kocham... - Chyba mam, bo kocham ci臋 tak samo... U艣miechn膮艂 si臋, patrz膮c na jej twarz. Analizowa艂 ka偶dy, nawet najmniejszy szczeg贸lik, jej twarzy. Podziwia艂 szmaragdowe oczy, miedziane piegi, blad膮 cer臋 i zadarty uroczo nosek. - B臋dzie bardziej podobny do mnie, czy do ciebie? - Jak by艣 wola艂? - 呕eby mia艂 twoje pi臋kne oczy - zacz膮艂, przyci膮gaj膮c j膮 do siebie. - Uroczo zadarty nosek... - doda艂, po czym poca艂owa艂 p艂atki jej nosa. - Tak delikatn膮 sk贸r臋 jak ty... - To ch艂opiec, wi臋c wola艂abym, 偶eby mia艂 twoj膮 sk贸r臋... Pi臋kn膮, z艂ocist膮... Daj膮c膮 mi poczucie bezpiecze艅stwa... - Och, moja sk贸ra daje ci poczucie bezpiecze艅stwa? - Tak, bo je艣li j膮 czuj臋 na swoim ciele, to znak, 偶e w艂a艣nie mnie przytulasz, 偶e jeste艣 blisko i... I 偶e mog臋 na ciebie liczy膰. - Zawsze mo偶esz na mnie liczy膰 - mrukn膮艂, wtulaj膮c twarz w jej rude pukle. - Ostrzegam, 偶e b臋d臋 chcia艂 drugie dziecko... - Ostrzegam, 偶e b臋d臋 chcia艂a mie膰 c贸reczk臋 p贸藕niej. - Czyli, 偶e si臋 zgadzasz na wszystko, co chcia艂em. - Rada Clave, oficjalnie odrzuca propozycj臋, jak膮 z艂o偶y艂 nam Valentine Morgenstern. Znaj膮c tego cz艂owieka oraz sytuacj臋, w jakiej znalaz艂 si臋 艢wiat Cieni, przyst臋pujemy do omawiania planu dzia艂a艅 wojennych, obrony miasta i systemu obronnego Instytut贸w, kt贸re przez ten czas, b臋d膮 musia艂y wzm贸c 艣rodki bezpiecze艅stwa - powiedzia艂a Jia, przesuwaj膮c na pulpicie kolejne strony notatek, schemat贸w, plan贸w i urywk贸w przem贸wienia oraz gotowe formu艂ki, kt贸re mia艂y jej pom贸c tym razem zapanowa膰 i nad sal膮 wype艂nion膮 Nefilim i nad swoimi emocjami. - Je艣li mog臋, pani Inkwizytor - zg艂osi艂 si臋 Samuel, wstaj膮c z miejsca ko艂o Jocelyn. - Chcia艂bym om贸wi膰 jeden aspekt. - Prosz臋. - Dzi臋kuj臋. Bracia i siostry 艁owcy. Oto stan臋li艣my nad przepa艣ci膮. W tej chwili my tworzymy now膮 histori臋 i epok臋 dla ca艂ego 艢wiata Cieni. Przypad艂o nam 偶y膰 w prze艂omowym okresie naszej ery 艢wiata Cieni. Oczywistym jest, 偶e Valentine Morgenstern to szaleniec, ale szaleniec inteligenty. Uparcie wierzy, 偶e jego teoria i model 艣wiata, jaki wyznaje jest koncepcj膮 idealn膮. 呕adne pertraktacje z nim nie nios膮 korzy艣ci dla nas, czy naszych sojusznik贸w z Podziemia. Oczywiste jest r贸wnie偶 to, 偶e kroczymy ku wojnie absolutnej. Nie ma mowy na uk艂ady, czy traktaty pokojowe. Wygra膰 mo偶emy albo my, albo on. Musimy wi臋c po艂膮czy膰 si艂y. Walczy膰 rami臋 w rami臋 z si艂ami wilko艂ak贸w, czarownik贸w, faerie i wampir贸w o ile si臋 zgodz膮. Nie mamy szans, jako jedynie my Nefilim. Jego przewaga liczebna jest za du偶a. My jednak mamy atuty strategiczne. Po pierwsze i najwa偶niejsze - je艣li b臋dzie chcia艂, aby艣my upadli przed nim na kolana, a p贸藕niej nas wybi膰 uderzy w centrum, czyli w nasze Miasto Szk艂a. Musimy si臋 przede wszystkim skupi膰 na obronie naszego przybytku rodowitego. Idris to jedyne miejsce, w kt贸rym ta wojna b臋dzie si臋 rozgrywa膰, bo jak wiemy, Valentine chce panowa膰, a tylko tu, jest centrum naszej w艂adzy. Po drugie - tu s膮 obecnie jego by艂a rodzina. 呕ona, c贸rka, syn, by艂y parabatai i Jace Herondale, kt贸ry jest, tak jak i jego dzieci, eksperymentem. Musimy ich chroni膰, bo jak ka偶dy z nas wie, obdarzeni s膮 niezwyk艂膮 moc膮, zw艂aszcza c贸rka, kt贸ra nosi pod sercem przedstawiciela nowego pokolenia. Ca艂a ich tr贸jka jest niezwykle silna, powiedzia艂bym, 偶e nawet i pot臋偶na. - Clarissa jest przecie偶 kaleka - mrukn膮艂 kto艣 z t艂umu, ale wystarczaj膮co g艂o艣no, 偶e obieg艂o to ca艂膮 sal臋. - Kaleka... Jest chroma przez ojca, ale to nie umniejsza jej si艂y. Potrafi艂a powali膰 i sprawi膰, 偶e u jej st贸p pad艂a dw贸jka 艣wietnie wyszkolonych 艁owc贸w, b臋d膮c sama. Jej moc w kilka godzin uleczy艂a c贸rk臋 Inkwizytorki, Aline, podczas, gdy Cisi Bracia rozk艂adali r臋ce. Hardo stawi艂a czo艂o ojcu i nawet w obliczu 艣mierci przez uduszenie nie wyjawi艂a, gdzie ukry艂a m艂odego Ligtwooda. Jej si艂a nie jest si艂膮 banaln膮, prost膮, fizyczn膮. Nie jest atrybutem, kt贸ry ma jedynie cechy prymitywnej si艂y. Ma moc, dar, pot臋g臋. Namiastk臋 si艂y anielskiej. To, czym w艂ada przy膰miewa wszystko, co znamy. Na w sobie p艂omie艅. Ogie艅 偶ycia, witalno艣ci, czyste 艣wiat艂o. - O czym ty m贸wisz Samuelu? Jakie 艣wiat艂o, jaki dar? - Niebia艅ski ogie艅 - powiedzia艂 Magnus, u艣miechaj膮c si臋 chytrze. - Ma w sobie p艂omie艅 anio艂贸w. Potrafi spali膰 demony pstrykni臋ciem palca, a ja i obecna tu Tessa Herondale podejrzewamy, 偶e dziecko, kt贸re w sobie nosi, mo偶e przej膮膰 od niej ten dar. Dlatego, nie mo偶emy pozwoli膰, aby trafi艂 on w r臋ce Morgensterna. - To blu藕nierstwo. Niemo偶liwe, aby... - Mo偶liwe - przerwa艂a spokojnie Jia. - Gdyby jej stan pozwala艂 na prezentacj臋 zobaczyliby艣cie, ale nie mo偶e si臋 wysila膰. Badania, jakie przeprowadzili Cisi Bracia, aby oceni膰 jej stan fizyczny potwierdzaj膮 to. Jest jedn膮 z najsilniejszych z nas, o ile nie najsilniejsz膮, wliczaj膮c mo偶liwo艣ci jej brata i partnera. - Dlatego, wsp贸艂bracia proponuje, aby艣my zamiast zajmowa膰 sobie my艣li oddaniem Valentine'owi tak wielkiej pot臋gi i skazali siebie oraz naszych sojusznik贸w na pewn膮 zag艂ad臋, zacz臋li my艣le膰, jak maj膮c takie atuty wygra膰. Opad艂 na kanap臋. Jace i Clary siedzieli na pi臋trze, tak jak i Max, kt贸ry odk膮d dosta艂 od "wujka Magnusa" kolejna seri臋 mangi zaszy艂 si臋 w pokoju i nie by艂o mo偶liwo艣ci, aby oderwa膰 go od komiks贸w. Spojrza艂 w sufit i pomy艣la艂, 偶e to nawet dobrze. Przynajmniej jego m艂odszy brat, nie wiedzia艂, co tak naprawd臋 dzieje si臋 wok贸艂 niego, a dzia艂o si臋. W艂a艣nie teraz jego ukochany, Jocelyn, Luke, ojciec i matka byli na kolejnym spotkaniu Rady i omawiali jak膮 taktyk臋 przyj膮膰 w razie ataku Morgensterna. On, Jonathan i Izzy mieli zosta膰 w rezydencji. Nie mo偶na by艂o teraz pozwoli膰 na to, co omal nie sta艂o si臋 w Nowym Yorku - aby Valentine dosta艂 w swoje 艂apska Clary. To mog艂oby teraz oznacza膰 koniec, ich najwi臋ksz膮 przegran膮, pora偶k臋. Mimo tego oraz faktu, 偶e wiedzia艂, 偶e Jace i Jonathan teoretycznie r贸wnie偶 nie powinni si臋 wychyla膰, a wi臋c jest tu z Izzy aby ich wszystkich ubezpiecza膰 atmosfera snu i spokoju, jaka ogarn臋艂a dom, sprawia艂a, 偶e niewymownie nudzi艂 si臋 siedz膮c w salonie i uporczywie my艣l膮c, co m贸wi Magnus i jak radzi sobie w sali wype艂nionej prawie w ca艂o艣ci niezbyt przychylnymi 艁owcami. Nie umia艂 nic zrobi膰 z faktem, 偶e jego my艣li same bieg艂y w kierunku czarownika o kocich oczach. M臋偶czyzna zaw艂adn膮艂 jego my艣lami, sercem i ca艂ym jestestwem, kt贸re by艂 gotowy po艣wi臋ci膰, gdyby tego Bane wyrazi艂 na to ch臋膰. Wystarczy艂o skini臋cie palcem, a rzuci艂by si臋 w ogie艅, w imi臋 mi艂o艣ci do niego. Natarczywe pukanie o偶ywi艂o go nagle. Zerkn膮艂 na schody na pi臋tro. Z kondygnacji dobieg艂o go skrzypni臋cie drzwi. Jonathan zacz膮艂 nas艂uchiwa膰 co dzia艂o si臋 na parterze. Alec wsta艂 z kanapy i chwyci艂 kind偶a艂, kt贸ry le偶a艂 na stoliku w przedpokoju, specjalnie przygotowany na wizyt臋 nieproszonych go艣ci. Podszed艂 do drzwi. Pukanie rozleg艂o si臋 zn贸w. Spojrza艂 za siebie. Na schodach by艂 zamiast spodziewanego Jonathana Jace. Z dwoma serafickimi ostrzami. Podchodzi艂 powoli do niego, nie chc膮c wyda膰 zb臋dnego d藕wi臋ku. Skin臋li sobie. Zanim pukanie rozleg艂oby si臋 znowu, szatyn szybko otworzy艂 drzwi. W wej艣ciu stan膮艂 zabiedzony, odziany w zniszczone 艂achmany m臋偶czyzna. Na twarzy mia艂 siwy zarost, a w艂osy, t艂uste i ju偶 rzadkie opada艂y na czo艂o. D艂ugie, chude palce wyci膮gni臋te by艂y w stron臋 drzwi w ge艣cie, kt贸ry jasno da艂 im do zrozumienia, 偶e w艂a艣nie mia艂 zn贸w zacz膮膰 puka膰. Jace'owi upad艂y oba miecze. Brzd臋k stali rozni贸s艂 si臋 po ca艂ym domu, jak jaki艣 obcy, niechciany d藕wi臋k. - Ty... - warkn膮艂 i rzuci艂 si臋 do gard艂a m臋偶czyzny. Alec sta艂 jak wryty patrz膮c, jak jego parabatai rzuca si臋 niczym kot na przybysza, powala na ziemi臋 - co niespodziewany go艣膰 skomentowa艂 g艂uchym j臋kiem - i obezw艂adnia, powoduj膮c, 偶e tamten nie mia艂 jakiejkolwiek mo偶liwo艣ci ruchu. - Jak 艣miesz si臋 tu pokazywa膰? Po tym jak sprzeda艂e艣 Maxa i moj膮 Clary Valentine'owi? Po tym, jak prawie udusi艂 j膮 i pr贸bowa艂 porwa膰? Po tym wszystkim masz czelno艣膰 puka膰 do tych drzwi? - Jace, nie... Nie zachowuj si臋 jak... Jak Morgenstern... Jace, udusisz go! - krzykn膮艂 w ko艅cu Alec, widz膮c, jak jego by艂y nauczyciel nie mo偶e wzi膮膰 oddechu, gdy偶 blondyn siedzia艂 na jego klatce piersiowej. - Przynajmniej poczu艂 to, co Clary... W przybli偶eniu - warkn膮艂, schodz膮c z Hogde'a, jednak dalej trzyma艂 jego nadgarstki, nawet lekko je wykr臋caj膮c, jakby nie chcia艂, aby by艂y nauczyciel pr贸bowa艂 sztuczek. - A teraz... - Jace, Alec, co si臋 tu u diab艂a... - zacz膮艂 Jonathan, zbiegaj膮c ze schod贸w ze swoj膮 broni膮. Zobaczywszy rozgrywaj膮c膮 si臋 scen臋 sam upu艣ci艂 swoj膮 bro艅. Zacisn膮艂 pi臋艣ci, tak mocno, 偶e kostki mu zbiela艂y, a oczy sta艂y si臋 czarne. Jace, Alec i Hogde, otworzyli usta ze zdziwienia, kiedy ujrzeli idealnie czarne przestrzenie w oczodo艂ach m艂odzika. Jace prze艂kn膮艂 艣lin臋. Ju偶 raz to widzia艂 i to z bliska. Kiedy na Dworze faerii zas艂oni艂 go przed ciosem i obudzi艂 si臋 w nim demon. Teraz, kiedy zn贸w to zobaczy艂 nie wiedzia艂, co zrobi膰. Nie by艂o tu Jocelyn, kt贸ra zn贸w przem贸wi艂aby do jego rozs膮dku. Wszyscy zastygli w bezruchu. Nagle, jego oczy zn贸w wr贸ci艂y do normy. Rozlu藕ni艂 pi臋艣ci. Podszed艂 do nich, poci膮gn膮艂 Jace'a, trzymaj膮cego Hogde'a do holu i wyjrza艂 na dw贸r. Rozejrza艂 si臋 i zamkn膮艂 z hukiem drzwi. - We藕cie go do salonu - mrukn膮艂 ochryple. - Alec, we藕 jak膮艣 butelk臋 wody i przynie艣膰... Od razu jaki艣 chleb, czy co艣... On tu zaraz zemdleje, a ja chcia艂bym jednak pos艂ucha膰, po co tu przylaz艂... Jace, nie zabij go... - kontynuowa艂, jakby wcale przed chwil膮, nie walczy艂 ze sob膮, aby zabi膰 m臋偶czyzn臋. - Iz! - krzykn膮艂 ju偶 dono艣nie swoim czystym g艂osem. - Przygotuj Clary! Mamy go艣cia! - krzycza艂, wbiegaj膮c po schodach. - Nie zabij go tylko - mrukn膮艂 jeszcze raz do blondyna i znikn膮艂 na pi臋trze.
Ksi臋ga III : Rozdzia艂 7 : "mamy jednego mini Jace'a w drodze..." Hejka, Tak, jak to przeczytacie oka偶e si臋 bardzo kr贸tkie... A to przez fakt, 偶e nie mia艂am zbytniej motywacji do pisania... Ostatnie posty to brak komentarzy ju偶 od jakiego艣 czasu, tak troch臋 zero reakcji, wi臋c... No nie przy艂o偶y艂am si臋 i do艣膰 mocno zaj臋艂am si臋 zaniedbanym wcze艣niej rysowaniem. Postaram si臋, 偶eby rozdzia艂y wpada艂y, to jasne, bo nie lubi臋 zostawia膰 rzeczy niedoko艅czonych, ale no nie dziwcie si臋, 偶e mog膮 by膰 kr贸tsze. To tyle Owca Posta膰 Valentine'a znikn臋艂a, pozostawiaj膮c po sobie w sali nieprzyjemn膮 cisz臋. 艁owcy patrzyli po sobie nie wiedz膮 co maj膮 na to powiedzie膰. Propozycja Morgensterna by艂a niczym grom z jasnego nieba - nikt nie m贸g艂 spodziewa膰 si臋, 偶e zaproponuje co艣 takiego. Nim jednak ktokolwiek zacz膮艂 rozmowy Jia wsta艂a ze swojego miejsca i odchrz膮kn臋艂a. - My艣l臋, 偶e... 呕e to spotkanie powinno si臋 w tym momencie zako艅czy膰. Postaramy si臋 obmy艣li膰 najlepsze rozwi膮zanie i kiedy podejmiemy jakie艣 znacz膮ce decyzje zostanie zwo艂ana kolejna narada... Na ten moment, prosz臋, aby艣cie rozeszli si臋 do swoich dom贸w, za wyj膮tkiem... Przedstawicieli z Nowego Yorku. Prosz臋 ca艂膮 grup臋 na rozmow臋, reszcie dzi臋kuj臋... - powiedzia艂a g艂osem, kt贸ry bezwiednie urywa艂 kolejne zdania, opada艂 i wznosi艂 si臋 po sali, niczym fala. Sam ten g艂os wystarczy艂 ch艂opakowi, aby zrozumie膰, 偶e kobieta by艂a wyko艅czona, mia艂a wystarczaj膮co do艣膰 ca艂ej tej sytuacji, podzia艂u 艁owc贸w i wewn臋trznych wa艣ni, kt贸re hamowa艂y prace nad najwa偶niejsz膮 kwesti膮 - spraw膮 jego ojca. Powoli podni贸s艂 si臋 z 艂awy. Niemal od razu poczu艂 jak Isabelle z艂apa艂a jego d艂o艅 i mocno j膮 艣cisn臋艂a, przeplataj膮c ich palce. Spojrza艂 na ni膮 przez rami臋. Nie patrzy艂a na niego, tylko na innych 艁owc贸w, kt贸rzy rzucali spojrzenia w ich stron臋. Demonstracyjnie przerzuci艂a w艂osy na rami臋 i przytuli艂a si臋 do niego, jakby chcia艂a jednocze艣nie zas艂oni膰 te parszywe gesty innych, a jednoczenie pokaza膰 im, 偶e on jest tylko i wy艂膮cznie jej. Tak jakby kt贸ra艣 dziewczyna mog艂aby mi tak zakr臋ci膰 w g艂owie jak ona, lub zainteresowa膰 si臋 mn膮 - pomy艣la艂, obejmuj膮c j膮 i kieruj膮c si臋 wraz z innymi do gabinetu Jii. Kiedy drzwi zatrzasn臋艂y si臋 i stan膮艂 ko艂o nich Konsul, poczu艂, jakby kto艣 przy艂o偶y艂 mu do gard艂a sztylet, jak jakie艣 zwierz臋 w pu艂apce. Izzy musia艂a to wyczu膰, bo nie pozwoli艂a mu nawet rozlu藕ni膰 u艣cisku d艂oni. - Musimy ustali膰 fakty... - zacz臋艂a kobieta, opadaj膮c na sw贸j fotel. - Mamy tylko jeden. Morgenstern to k艂amca - stwierdzi艂a oschle Jocelyn. - Zgadzam si臋 z Tob膮, ale to nie wystarczy, aby w razie g艂osowania przem贸wi膰 艁owc膮 do rozs膮dku. Valentine ma racj臋 i je艣li z艂o偶膮 wniosek b臋dzie musia艂o doj艣膰 do g艂osowania. Z艂o偶y艂 propozycj臋 jawnie, wi臋c nie mamy nawet jak ukry膰 tego faktu - powiedzia艂 Malachi, zwracaj膮c na siebie uwag臋 wszystkich w gabinecie. - Odk膮d ty tak nas bronisz? - zapyta艂 zaskoczony Jonathan, zanim ktokolwiek inny zd膮偶y艂 zada膰 to pytanie. - Fakty s膮 za wami - mrukn膮艂 po chwili. - Ty i twoja siostra w jego r臋kach mo偶ecie stanowi膰 ogromne zagro偶enie. Nie mog臋 nawet przed sob膮 ukry膰 znajomo艣ci stopnia twojego wyszkolenia i musz臋 stwierdzi膰, 偶e jeste艣 jednym z najlepszych 艁owc贸w, nie tylko w swoim pokoleniu, ale by膰 mo偶e w naszej historii. C贸偶, nie 艂atwo ci臋 kontrolowa膰, ale jak widz臋 s膮 osoby, kt贸re to potrafi膮... A twoja demoniczna strona sprawia, 偶e jeste艣 niezwykle silny i sprawy. Szykuje si臋 wojna, wi臋c nie mo偶emy wyklucza膰 z walki wojownik贸w. Poza tym... To co powiedzia艂 Valentine o twojej siostrze... - 呕e mo偶e pstrykni臋ciem palca spali膰 demony? - doko艅czy艂, u艣miechaj膮c si臋 chytrze. - U偶y艂 chyba s艂owa pokona膰, albo zg艂adzi膰. Nie spali膰 - odrzek艂 Malachi, krzy偶uj膮c r臋ce na piersi. - O co chodzi? - Jest prawie anio艂em - mrukn膮艂 has艂owo Luke. - Ma umiej臋tno艣ci anio艂贸w... - Zagrajmy w otwarte karty - przerwa艂 mu bia艂ow艂osy. - Polityka, sprawy Nefilim i zgromadzenia w Gard to m臋tne sprawy. Powiedzia艂bym, 偶e cholernie m臋tne sprawy. Nie mamy niestety czasu na takie pokerowe zagrywki. Clary w艂ada niebia艅skim ogniem. Po prostu, mo偶e wybi膰 stado demon贸w. Mo偶e, ale przez fakt, 偶e jest na w贸zku nie mo偶e bra膰 udzia艂u w walkach. Ale jest zdolna. Teraz ty powiesz dlaczego tak nagle do艂膮czy艂e艣 do fan klubu mojej rodziny. Malachi westchn膮艂 ci臋偶ko. Zmierzy艂 wzrokiem ka偶dego obecnego w pokoju i zatrzyma艂 si臋 na ch艂opaku. Pokr臋ci艂 g艂ow膮 z lekkim u艣miechem. - Nie uwa偶aj tego za wad臋, ale zna艂em twojego ojca i mia艂 tak samo sprawny umys艂... Zawsze potrafi艂 odnale藕膰 si臋 w sytuacji i zawsze gra艂 jak ty teraz. Nie mo偶na by艂o mu odm贸wi膰... Do pewnego momentu. - Dalej nie odpowiedzia艂e艣 na moje pytanie i wybacz, ale to nie jest zagrywka mojego ojca, tylko mamy. Nie por贸wnuj mnie do tego potwora, cho膰 wiem doskonale, 偶e nie uwolni臋 ci臋 od jego dziedzictwa, zrozumiano? - Nie chce przegra膰 - powiedzia艂 powoli. - Je艣li b臋dziemy si臋 dzieli膰 przegramy, bo w艂a艣nie tego chce tw贸... Morgenstern. Chce naszej sromotnej pora偶ki i nie cofnie si臋 przed 偶adnym krokiem. Poch艂on臋艂o go szale艅stwo, kt贸re nie pozwala mu przejrze膰 na oczy. Nie chce by膰 jego nast臋pc膮 i przez moje osobiste pogl膮dy sprowadzi膰 ca艂膮 nasz膮 spo艂eczno艣膰 pod jego but. - Wi臋c prywatnie dalej nas nie znosisz? - Prywatnie uwa偶am, 偶e jeste艣 agresywny, trudny do zdyscyplinowania i niebezpieczny... Ale dop贸ki kto艣 ci臋 hamuje nie b臋d臋 si臋 wtr膮ca膰, bo to tylko zniszczy wszystko. Dodatkowo prywatnie uwa偶am, 偶e spos贸b w jaki pracowali艣cie pod przykrywk膮, wyprowadzaj膮c nas w pole, a nie skupiaj膮c si臋 nad z艂apaniem Morgensterna kiedy nie mia艂 jeszcze takiej mocy by艂 po prostu czyst膮 g艂upot膮 i marnowaniem czasu i energii... Ale teraz tego nie zmienimy i mo偶emy jedynie stara膰 si臋 艂agodzi膰 skutki... O ile jest to mo偶liwe jeszcze. - Okey... Wierz臋 ci, bo wcze艣niej zastanawia艂em si臋, czy nie jeste艣 podstawiony - mrukn膮艂 ch艂opak. - Kto艣 ma mo偶e pomys艂, aby to samo u艣wiadomi膰 reszcie? - Na pewno nie mo偶emy osobno chodzi膰 od domu do domu - mrukn膮艂 Robert. - Trzeba zwo艂a膰 kolejn膮 narad臋... - Widzia艂e艣 co przed chwila zrobili - wtr膮ci艂a si臋 Jocelyn. - Musieliby艣my opu艣ci膰 sal臋, albo w og贸le si臋 nie pokazywa膰. Mam wra偶enie, jakby widok nas dzia艂a na nich jak p艂achta na byka. - Nie mo偶e was zabrakn膮膰... Podnios膮 si臋 krzyki, 偶e jeste艣cie wtedy u Valentine'a... - Na Anio艂a - mrukn膮艂 Jonathan, wtulaj膮c twarz we w艂osy Izzy. - Czemu nasza rasa musi by膰 skomplikowana jak pieprzone humorki Clary? - Nie mam poj臋cia Jonathan, ale... Wiem, 偶e musimy sobie poradzi膰 z tym, tak jak jest. Nie mamy innych Nefilim pod r臋k膮, to wiesz... - zacz膮艂 Luke z lekkim u艣miechem. - A szkoda... Chocia偶 nie og艂aszajcie pilnej produkcji nowych... Wystarczy na razie to, 偶e mamy jednego mini Jace'a w drodze... Ksi臋ga III : Rozdzia艂 6 : "Sytuacja mo偶e by膰 tragiczna" Tak wi臋c moi Kochani, Z okazji zbli偶aj膮cych si臋 艣wi膮t Bo偶ego Narodzenia 偶ycz臋 wam Weso艂ych 艣wi膮t, pysznego karpia, cudownej atmosfery 艣wi膮tecznej w domach, pogody atmosferycznej i duchowej. A z okazji Sylwestra - OWCZEGO NOWEGO ROKU!! Spojrza艂 przez okno. By艂o ju偶 po p贸艂nocy, a on dalej nie przyszed艂, ani nie wys艂a艂 wiadomo艣ci. Ka偶da chwila sprawia艂a, 偶e zaczyna艂 coraz mocniej przeklina膰 g艂upot臋 i niesubordynacj臋 s艂ugi. Zacz膮艂 zastanawia膰 si臋, czy to aby nie Nefilim nie wpadli na trop nieudanego, jak wida膰, informatora, czy po prostu przed przypadek, lub na swoje 偶yczenie g艂upiec wpad艂. My艣la艂, czy na pewno warto by艂o zostawia膰 go przy 偶yciu, kiedy mia艂 doskona艂膮 okazj臋 do pozbycia si臋 go. Przegryz艂 warg臋. Je艣li b臋dzie si臋 sp贸藕nia艂 jeszcze przez kwadrans porzuci go. Nie mia艂 zamiaru tolerowa膰 podobnych zachowa艅, zw艂aszcza, 偶e b臋dzie go jeszcze dzisiaj czeka艂 niezapomniany dla Gardu wyst臋p. Tak wiekopomna chwila nie mog艂a zosta膰 spartaczona przez tak drobny szczeg贸艂 jak sp贸藕nienie informatora. Nie m贸g艂 sobie teraz pozwoli膰 na b艂臋dy, skoro by艂 tak blisko upragnionego celu. Zbyt blisko, aby teraz pozwoli膰 sobie na przegran膮. - Nie tym razem - powiedzia艂 do siebie, jeszcze raz wygl膮daj膮c przez okno. Drobna posta膰 sz艂a drog膮. Czarny p艂aszcz zas艂ania艂 jej twarz, lecz on doskonale wiedzia艂 kto to. Zme艂艂 przekle艅stwo w ustach i powoli podszed艂 do drzwi, staraj膮c si臋 opanowa膰 irytacj臋. Emocje by艂y mu nie potrzebne. 呕aden Nefilim nie powinien odczuwa膰 emocji. Nie powinien ich odczuwa膰, ju偶 nigdy... - Martwisz si臋 - stwierdzi艂 bez problemu, patrz膮c na swoj膮 偶on臋. Sta艂a na schodach Gardu, za kolumnad膮, prawie niewidoczna dla wchodz膮cych Nefilim, cho膰 mogli oni udawa膰, 偶e jej nie widz膮. Ona jednak pilnie obserwowa艂a ich twarze, gesty i mimik臋, jakby szuka艂a czego艣. Oznak, jak mog膮 si臋 zachowa膰 w stosunku do jej syna. - Wiesz czemu... Jonathana nie powinno tu by膰. Mogli艣my wyja艣ni膰, 偶e zosta艂 z Clary i Jace'em... Przecie偶 to by艂oby normalne, jest w ci膮偶y, kt贸rej nie da si臋 przewidzie膰 przebiegu... Obecno艣膰 brata jest jej potrzebna... - Wiesz, 偶e to nie przynios艂oby nic dobrego. Ta ca艂a narada jest tylko po to, aby pokaza膰 Jonathana i ty o tym doskonale wiesz... Gdyby nie przyszed艂 odebraliby to jako zdrad臋 lub brak dobrej woli z jego strony. Mia艂by wtedy jeszcze trudniej ni偶 ma teraz... - Dobrze, 偶e chocia偶 ma Isabelle... - Ma nas wszystkich. Nie pozwolimy, aby cokolwiek mu si臋 sta艂o. - Nasze wysi艂ki mog膮 nic nie da膰 Luke... R贸wnie偶 nasza wiarygodno艣膰 stoi pod znakiem zapytania i obawiam si臋, 偶e my w tej sytuacji nie mo偶emy nic zrobi膰... Nienawidz臋 takich sytuacji... - Wiem Jo... Odk膮d to si臋 sta艂o chcesz mie膰 cho膰 gram kontroli nad sytuacj膮. - Wtedy utraci艂am j膮... Utraci艂am kontrol臋 i ona ucierpia艂a... Na ca艂e 偶ycie potwornie ucierpia艂a i to moja wina... Z reszt膮, gdybym bardziej pilnowa艂a Valentine'a, by膰 mo偶e Jonathan mia艂by teraz 艂atwiej w 偶yciu... - Jocelyn, nie powinna艣 si臋 o to wszystko obwinia膰. To nie by艂a twoja wina. Nie mia艂a艣 wp艂ywu, sama najlepiej wiesz, 偶e Valentine sta艂 si臋 nieprzewidywalny i... Szalony. Nie mo偶na powstrzyma膰 szale艅ca... Nie samemu. - My艣lisz, 偶e teraz damy rad臋 go powstrzyma膰? - Jo... Walczymy teraz o dobro naszego wnuka, c贸rki i syna... Mia艂a艣 kiedy艣 wi臋ksz膮 motywacj臋 do dzia艂ania? - Gdyby tylko motywacja si臋 liczy艂a, ju偶 dawno by艂by spok贸j - westchn臋艂a, patrz膮c jak zmniejsza si臋 liczba 艁owc贸w wchodz膮cych do Gard. - Zaraz si臋 zacznie... Siedzia艂a przy oknie, wpatruj膮c si臋 w szklane wie偶e. Nie s膮dzi艂a, 偶e kiedy艣 od miasta, kt贸re dawa艂o jej poczucie bezpiecze艅stwa, b臋dzie bi艂 taki niepok贸j. Kiedy艣, patrz膮c na Alicante mia艂a wra偶enie, 偶e patrzy na spokojn膮 ostoj臋, miejsce, gdzie ka偶dy Nefilim mo偶e poczu膰 si臋 bezpiecznie. Teraz, kiedy by艂 tam jej brat, obna偶ony ze swojej skrywanej, dzikiej, ciemnej natury, od tej twierdzy bi艂 niepok贸j. Patrz膮c na szklane wie偶e my艣lami bieg艂a po uliczkach prosto do Gardu, aby zakry膰, nawet w艂asnym cia艂em, brata. Jonathan przecie偶 nic nie zrobi艂, a Nefilim oskar偶ali i wytykali go palcami jak morderc臋, kt贸rym przecie偶 nie by艂. Us艂ysza艂a jak Jace cicho wszed艂 do pokoju i postawi艂 na stole tace. Podszed艂 do niej i po艂o偶y艂 r臋ce na jej ramionach. - Boisz si臋 o niego? - Wiem, 偶e to g艂upie, bo sam sobie 艣wietnie radzi, ale... To nowa dla niego sytuacja. Wcze艣niej jak by艂 postawiony w stan oskar偶enia nie powiedzia艂 nic, bo nie chcia艂 mnie wyda膰. Teraz b臋dzie musia艂 wszystko powiedzie膰, a to go przera偶a. Powiedzie膰 wszystko? To przecie偶 jego osobiste sprawy. - Podczas przes艂ucha艅 nie ma takich... Nawet je艣li nie s膮 przy u偶yciu Miecza - mrukn膮艂 cicho. - Nie powinna艣 si臋 jednak tak martwi膰. Pami臋taj o dziecku... - Boj臋 si臋 - wyszepta艂a. - Jace, to m贸j brat, a ja nic nie mog臋 zrobi膰... Nic, rozumiesz? Nie odpowiedzia艂. Delikatnie zwolni艂 hamulec przy jej w贸zku, po czym poprowadzi艂 j膮 ku 艂贸偶ku. Bez pytania ostro偶nie wzi膮艂 j膮 na r臋ce i po艂o偶y艂 na 艂贸偶ku. Usiad艂 ko艂o niej, tak, 偶e patrzy艂a na niego, po czym uca艂owa艂 jej d艂o艅. - Nie martw si臋 o niego. On wie, jak to wszystko wygl膮da i jestem pewien, 偶e przygotowa艂 si臋 na to wszystko. 呕y艂 w tu pod przykrywk膮 kilka lat i widzia艂 na swoje oczy wiele przes艂ucha艅, rozm贸w z Rad膮, b膮d藕 sam przed ni膮 wyst臋powa艂. Zna tych wszystkich ludzi, lepiej ni偶 my艣lisz... - Wierzysz w to? 呕e wszystko si臋 dobrze sko艅czy? - Clary... Ja w to nie wierz臋... Ja zrobi臋 wszystko, aby nasze dziecko przysz艂o na najlepszy 艣wiat jaki mo偶emy mu zorganizowa膰. Nie pozwol臋, aby nasze dziecko mia艂o tak trudne 偶ycie jak my. Zrobi臋 wszystko, aby... Aby by艂o mu lepiej. - Jace... - wyszepta艂a, s艂abo u艣miechaj膮c si臋. - Pami臋taj tylko, 偶e je艣li przy tym Tobie si臋 co艣 stanie... Ja tego nie wytrzymam, je偶eli... - Csiii... Nie my艣l o tym skarbie - odszepta艂, przytulaj膮c si臋 do niej. Wtuli艂a si臋 w niego, schowa艂a twarz w zag艂臋bieniu jego szyi, wdycha艂a jego zapach s艂o艅ca i pieprzu, kt贸ry koi艂 jej zszargane nerwy. Nie umia艂a powiedzie膰, dlaczego, ale ch艂opak by艂 dla niej jak narkotyk... Wystarczy艂a sama jego obecno艣膰, a zapomina艂a o wszelkich problemach i przeciwno艣ciach. Jego ciep艂e poca艂unki, sk艂adane na jej policzkach, skroniach, nosie, powiekach i ustach zabiera艂y j膮 do innego wymiaru, gdzie nie by艂o nic z tych przykrych rzeczy tego 艣wiata. Dotyk jego ciep艂ych d艂oni na jej sk贸rze, nios膮cy s艂odkie zatracenie. To by艂 Jace, jej lek na ca艂e z艂o, narkotyk, ukochany ojciec jej dziecka. - Clary... Magnus by艂 dzisiaj u ciebie? Albo Tessa? - Czemu pytasz? - Dziecko... Na pewno wszystko jest w porz膮dku? Nic ci臋 nie boli, nie masz ju偶 md艂o艣ci? A mo偶e m贸j anio艂ek ma jak膮艣 zachciank臋? - Moja jedyna zachcianka jest na miejscu - wyszepta艂a i delikatnie poca艂owa艂a go. Jace nie pog艂臋bia艂 poca艂unku. Wszystko zosta艂o na etapie wolnego, leniwego ocierania si臋 warg zakochanych. Jedynie jego d艂onie nie艣piesznie sun臋艂y to w g贸r臋, to w d贸艂 po jej plecach. - Valentine nie jest g艂upi. Najprawdopodobniej zbiera teraz armi臋, przy pomocy zdobytych 艣rodk贸w. Musimy by膰 w gotowo艣ci do obrony miasta - odezwa艂a si臋 Jocelyn zirytowana przebiegiem obrad. Ju偶 od dw贸ch godzin 艁owcy przeskakiwali z tematu Morgensterna na temat jej syna, lub jej, nie zajmuj膮c si臋 zbytnio najbardziej pal膮c膮 kwesti膮. - A ty oczywi艣cie wiesz to najlepiej - odrzek艂 g艂os z g艂臋bi sali. - Taka niby m膮drala, a 偶adne z twoich dzieci nie unikn臋艂o losu eksperymentu... - Hola. Panowie, Panie! - krzykn膮艂 w ko艅cu Konsul. - Kwestia Pa艅stwa Garroway i ich dzieci to prywatne sprawy rodzinne. Kwestia wierno艣ci ich wobec Clave powinna by膰 jasna, skoro wszyscy zasiadaj膮 jako pe艂noprawni Nefilim, 艂膮cznie z obecnym tu Jonathanem Fairchildem obecnym na sali, a w nied艂ugim czasie i jego siostr膮, kt贸ra nied艂ugo uzyska pe艂noletno艣膰. - A mi si臋 wydaje Konsulu, 偶e oficjalnie nie by艂o g艂osowania na ten temat - warkn膮艂 Nefilim z Petersburga. - To nie zgodne wi臋c z prawem, aby... - Mamy sytuacj臋 wyj膮tkow膮 - uci膮艂 Malachi. - Prawo nie przewiduje, aby jeden z nas zada艂 nam tak ci臋偶kie straty jak wykradzenie dw贸ch Dar贸w Anio艂a, wybicie wi臋kszo艣ci Cichych Braci, eksperymentowanie na naszej krwi, czy nielegalne posiadanie krwi anio艂a. Je艣li mieliby艣my dzia艂a膰 teraz tak ospale i d艂ugoterminowo, Valentine zaatakowa艂by nas, zanim przeg艂osowaliby艣my cho膰by obecno艣膰 Nefilim z Nowego Yorku. - Dura lex, sed lex Konsulu. Mamy swoje zasady i powinni艣my si臋 zatraca膰 w bezprawiu... - Na to jest stanowczo za p贸藕no - warkn膮艂 Valentine, kt贸ry nagle pojawi艂 si臋 na 艣rodku sali. - Od chwili, gdy podpisali艣my uk艂ady ze 艣cierwem 艢wiata Podziemnego nie mamy ani krzty prawa, a tym bardziej honoru. - Valentine - sykn膮艂 Jonathan, kt贸ry do tej pory siedzia艂 cicho, od czasu do czasu, zaciskaj膮c palce na d艂oni Isabelle. - Bo ty wiesz co艣 o honorze niby, 偶e chcesz nas poucza膰? - Ciebie wielu rzeczy nauczy艂em... Nie pami臋tasz co zrobi艂e艣 w Jasnym Dworze? - Akurat nie ty nauczy艂e艣 mnie walczy膰, tylko Samuel. Ty za to pi臋knie potrafi艂e艣 mnie wych艂osta膰 - warkn膮艂. - By艂e艣 bardzo trudnym przypadkiem, kiedy chodzi艂o o odrobin臋 dyscypliny... Mia艂e艣 odziedziczy膰 po demonach si艂臋, a nie umi艂owanie chaosu i okrucie艅stwo. - Ci膮gle wyliczasz swoje wady - zaprotestowa艂. - Ty uwielbiasz chyba chaos, skoro budujesz armi臋 demon贸w, z kt贸rymi powiniene艣 walczy膰. - Walcz臋. Walcz臋 z tymi, z kt贸rymi wy nie potraficie... Co to zwyk艂ych to twoja siostra mog艂aby, dzi臋ki mnie, jednym pstrykni臋ciem palc贸w zg艂adzi膰 je, ale tego nie robi, bo zgin膮艂by jej ukochany braciszek, kt贸ry sam jest demonem. - Ciekawe, przez kogo... - warkn膮艂. - Gdyby艣 nie by艂 tch贸rzem i by艂 tu naprawd臋, a nie przez hologram zabi艂bym ci臋 za to wszystko. - Nie 艂adnie podnosi膰 r臋ki na ojca... - Nie skrzywdzi艂bym taty nigdy... Sam widzisz jak Luke przy mnie siedzi i jako艣 jemu nie gro偶臋 - powiedzia艂, u艣miechaj膮c si臋. Valentine na chwile zamilk艂. Po chwili jednak roze艣mia艂 si臋. - W Jasnym Dworze jako艣 m贸wi艂e艣, 偶e zabijesz wszystkich... Ale dobrze, dobrze synu... Nie uda艂e艣 si臋, tyle w temacie. Ale mam propozycj臋. Gdyby艣 tylko ty i twoja siostra przyszli do mnie, mogliby艣my popracowa膰 nad tym... Zamiast wywo艂ywa膰 wojn臋... - doda艂, patrz膮c na innych 艁owc贸w. - Wasza matka mog艂aby zn贸w do mnie wr贸ci膰 i by艣my zaszyli si臋 gdzie艣, spokojnie buduj膮c rodzinne relacj臋... - Na szcz膮tkach moich rodzic贸w? - prychn臋艂a Jocelyn. - Ka偶dy wie, 偶e chcesz wojny. Nie os艂adzaj swoich s艂贸w, bo to nie dzia艂a, Morgenstern - warkn臋艂a. - Dobrze. Wi臋c skoro wolisz s艂owa nie ojca, a powa偶nego cz艂owieka... Uk艂ad jest aktualny. Wy si臋 oddajecie mi, a ja nie wywo艂uje wojny. - Nie k艂am - warkn膮艂 Jonathan. - Nie umiesz powiedzie膰 s艂owa bez k艂amstwa. Nic, co m贸wisz nie jest prawd膮... - Nie Tobie to ocenia膰 synu, bo to propozycja do Rady, kt贸ra ma obowi膮zek zrobi膰 g艂osowanie i to oni decyduj膮 wi臋kszo艣ci膮 o waszym losie... - mrukn膮艂, znikaj膮c z u艣miechem na twarzy. Jonathan dopiero po chwili zrozumia艂. Rada odda ich bardzo ch臋tnie, nawet bez g艂osowania. Samos膮d, aklamacja... Je艣li czego艣 nie zrobi膮 to sytuacja mo偶e by膰 tragiczna. Ksi臋ga III : Rozdzia艂 5 : "Tylko to si臋 liczy" Kochani, dzisiaj rozdzia艂 dla fan贸w Izzy i Jonathana... Us艂ysza艂 jak cicho otworzy艂a drzwi i jeszcze ciszej zamkn臋艂a je za sob膮, jakby w obawie, 偶e za pierwszym razem zrobi艂a to za g艂o艣no. S艂ysza艂 jak mi臋kko stawia艂a bose stopy najpierw po drewnianej pod艂odze, potem po mi臋kkim dywanie. Poczu艂, jak ostro偶nie po艂o偶y艂a si臋 ko艂o niego. Jak delikatnie podci膮gn臋艂a si臋 do g贸ry, tak, 偶e gdyby si臋 odwr贸ci艂, jego twarz mog艂aby wtuli膰 si臋 w jej obojczyk. Delikatnie zacz臋艂a g艂adzi膰 go po g艂owie, jakby by艂 dzieckiem oraz po plecach, jakby chcia艂a go uspokoi膰. Nie powstrzyma艂 si臋. Odwr贸ci艂 si臋 i mocno wtuli艂 twarz w jej ciep艂膮 sk贸r臋, przywar艂 cia艂em do jej cia艂a, pozwoli艂, aby p艂uca zape艂ni艂y si臋 s艂odkim zapachem ukochanej. P臋k艂. - Nienawidzisz mnie dalej, za to jak si臋 zachowuje, prawda? - zapyta艂 cicho. - Kocham ci臋 - wyszepta艂a powoli. Podni贸s艂 si臋. Patrzy艂 w jej ciemne oczy, kt贸re sprawia艂y, 偶e wszystko w nim topnia艂o. 呕adna stal, or臋偶, nawet anielski p艂omie艅, jakim jego siostra w艂ada艂a, czy nawet sam Archanio艂 Micha艂, nie potrafi艂by tak go obezw艂adni膰, jak te oczy. Ciemne, czekoladowe oczy, okolone d艂ugimi, czarnymi, lekko podkr臋conymi rz臋sami. - Jak mo偶esz kocha膰, kogo艣 takiego jak ja? - Po prostu. Tak po prostu, jak oddycham teraz, tak kocham ciebie. Tak jak bardzo potrzebuje tlenu do oddychania, tak bardzo potrzebuje ciebie. Tak jak bardzo potrzebuje ziemi, na kt贸rej mog臋 chodzi膰, tak bardzo potrzebuje, 偶eby艣 by艂 obok mnie. Po prostu i nie ma tu 偶adnych warunk贸w. Potrzebuje i kocham ci臋 takiego, jakim jeste艣. Nic tego nie zmieni. - Nie chwal dnia przed zachodem s艂o艅ca, moja kochana - wyszepta艂, delikatnie g艂adz膮c kciukiem jej policzek. - Ja... Jestem potworem. Demonem, kt贸rego nie... - Sko艅cz - warkn臋艂a. - Kiedy ty w ko艅cu zrozumiesz, 偶e mnie to nie obchodzi? - Bo mnie nie znasz Iz... - wyszepta艂, odsuwaj膮c si臋 od niej. Powoli usiad艂 na drugim ko艅cu 艂贸偶ka, jednak dalej patrzy艂 jej w prosto w oczy. Zielone t臋cz贸wki nie poruszy艂y si臋 nawet, nie pozwalaj膮c 藕renicom zmieni膰 obrazu, jaki widzia艂. Przez chwil臋 dziewczynie wydawa艂o si臋, 偶e zastyg艂 niczym statuetka. - Nie zdajesz sobie sprawy, do czego jestem zdolny... - Jonathan - wyszepta艂a, chc膮c si臋 do niego zbli偶y膰, ale gestem r臋ki powstrzyma艂 j膮. - Naprawd臋 chcesz wiedzie膰, kim jestem? Kogo naprawd臋 pokocha艂a艣? - Ciebie i nic tego nie zmieni durniu - wypali艂a. - Valentine zmieni艂 mnie. Podawa艂 mojej matce krew demona, silnego demona bo Lilith, rozumiesz? Mam krew pot臋偶nego demona w sobie... Kiedy si臋 urodzi艂em my艣lisz, 偶e wygl膮da艂em, jak normalne dziecko? Nie... Blady, ale pot臋偶ny. To nie by艂o w膮t艂e cia艂ko noworodka. Mia艂em u艣cisk w palcach tak mocny, 偶e z艂ama艂em ma艂ego palca s艂u偶膮cej, kt贸ra by艂a przy odbieraniu porodu... Ale najgorsze by艂y i s膮 moje oczy, Isabelle. - S膮 pi臋kne - wyszepta艂a. - Nie. Nie s膮. S膮 piekielne, demoniczne, pe艂ne z艂a i zniszczenia. Nie ma tam nic, co mo偶na by pokocha膰. Uwierz mi. - Jona... - Chcesz si臋 sama przekona膰? - zapyta艂 cicho. Skin臋艂a g艂ow膮 bez s艂owa. Odetchn膮艂 g艂臋boko. Zamkn膮艂 mocno oczy, tak jak zawsze, kiedy zachowywa艂 si臋 dziwnie i unika艂 jej wzroku, tak jak wtedy, kiedy po walce ucieka艂, zamyka艂 si臋, znika艂, czekaj膮c, a偶 wszystko minie. By膰 mo偶e a偶 zapomni... Ale nigdy nie zapomina艂a. Powoli otworzy艂 oczy. By艂y takie same - zielone jak 艂膮ki Idrisu, pe艂ne mi艂o艣ci. Ju偶 mia艂a zapyta膰 si臋, co niby mia艂o si臋 zmieni膰, kiedy zobaczy艂a je. Czarne plamy, kt贸re zacz臋艂y niemal zlewa膰 oko, nie t臋cz贸wk臋, ale oko. Oboje oczu zasuwa艂o si臋 jakby czarn膮 g臋st膮 mg艂膮, a偶 oba oczodo艂y zmieni艂y si臋 w czarn膮 pustk臋, w kt贸rej odbija艂 si臋 b艂ysk. Nie widzia艂a 偶eby czer艅 inaczej zasun臋艂a bia艂ka, lub t臋cz贸wk臋. Wszystko by艂o idealnie czarne. Siedzia艂a, wpatruj膮c si臋 w to zjawisko z rozchylonymi ustami. Nie potrafi艂a zmusi膰 偶adnego mi臋艣nia do wykonania jakiegokolwiek ruchu. By艂a po prostu pos膮偶kiem, lalk膮, kt贸ra nie mog艂a si臋 poruszy膰 z w艂asnej woli. - To s膮 moje oczy - powiedzia艂. Nie by艂 to jednak ciep艂y g艂os. To by艂 g艂os, kt贸ry brzmieniem przypomina艂 stal, l贸d, b膮d藕 nawet i pokryty lodem metal, ch艂odny, ale czysty w brzmieniu. Obcy. Jakby odleg艂y, nieznany. - M贸j g艂os, r贸wnie偶 ci臋 przera偶a, drobna Isabelle... Na razie nie masz si臋 czego ba膰... Dopiero kiedy jestem w艣ciek艂y druga natura daje o sobie zna膰. Wtedy jestem niebezpieczny, mog臋 skrzywdzi膰 kogo艣, na kim i zale偶y, powiedzie膰 s艂owa, kt贸rych p贸藕niej 偶a艂uje... - To znaczy? - zapyta艂a cicho. - C贸偶, najlepiej to jak zapytasz Aline... We Dworze Faerii... Zas艂oni艂em Jace'a przez ciosem. Miecz przebi艂 m贸j bok, ale - delikatnie uni贸s艂 koszulk臋, pokazuj膮c idealnie g艂adkie mi臋艣nie brzucha. - Nie ma po tym 艣ladu, bo idiota zrobi艂 to zwyk艂ym mieczem, kt贸ry nic mi nie robi. No opr贸cz uruchomienia autodestrukcji. Demon przej膮艂 kontrol臋 i zacz膮艂em rzuca膰, 偶e wybije ich wszystkich, a je艣li Malachi b臋dzie mi przeszkadza膰 to i jego zabije... 呕e zabije wszystkich, nawet w艂asn膮 matk臋... Mama pr贸bowa艂a mnie uspokoi膰 i to zrobi艂a... - Jak? - Izzy... - wyszepta艂 ju偶 swoim g艂osem, a jego oczy wr贸ci艂y do normalnego, wygl膮du bia艂ych bia艂ek i zielonych t臋cz贸wek. - Ja... - Powiedz mi. - Powiedzia艂em - wyszepta艂, zwieszaj膮c g艂ow臋. Zmarszczy艂a brwi, my艣l膮c nad ka偶dym jego s艂owem. Szerzej otworzy艂a oczy, patrz膮c na niego. Skuli艂 si臋, patrzy艂 na swoje d艂onie, kt贸re le偶a艂y na kolanach. W艂osy, bez艂adnie opadaj膮ce mu na oczy, ukrywa艂y jego spojrzenie. Wypu艣ci艂a powietrze z p艂uc i haustem nabra艂a nowe. U艣miechn臋艂a si臋 lekko i rzuci艂a si臋 w jego ramiona. Przytuli艂a go do siebie, opasuj膮c go w pasie nogami. - Na prawd臋, moje imi臋... - Wspomnienie ciebie... - poprawi艂 cicho. - Nie umia艂bym... Nie chcia艂bym, 偶eby艣 mnie widzia艂a wtedy... Jestem potworem. Demon jest we mnie i tego nie zmieni臋, a nie chce zn贸w ci臋 skrzywdzi膰, wywo艂a膰 艂zy... Ja, nie powinienem... - Dure艅 z ciebie - wypali艂a. - Dure艅. Nie widzisz? P艂omie艅 Clary budzi twoj膮 demoniczn膮 stron臋, a jednak nie atakujesz Clary, cho膰 powinna by膰... Nie wiem, czy to dobrze zabrzmi, ale naturalnym wrogiem. Za bardzo j膮 kochasz, aby j膮 skrzywdzi膰, a skoro... - Ciebie te偶 kocham za bardzo, 偶eby jeszcze bardziej ci臋 skrzywdzi膰,a jednak to robi艂em. Nie zas艂uguj臋, 偶eby z Tob膮 by膰... - Mi艂o艣膰 to nie nagroda w wy艣cigach, ani stypendium, na kt贸re trzeba sobie zas艂u偶y膰. Mi艂o艣膰 to mi艂o艣膰 i kropka. Nie powiesz mi, 偶e nie zas艂ugujesz na mi艂o艣膰, bo to od ciebie nie zale偶y. Po prostu ci臋 kocham i masz si臋 zamkn膮膰, bo twoje oczy s膮 pi臋kne. Nie obchodzi mnie, czy s膮 zielone, czy czarne. S膮 twoje Jona, a przynajmniej teraz, kiedy mi je pokaza艂e艣. Nie wiem, jak wygl膮daj膮, gdy jeste艣 z艂y, ale wnioskuj膮c po tym, co mi m贸wi艂a Clary... Nawet kiedy jeste艣 z艂y unikasz mnie, 偶ebym ci臋 nie odtr膮ci艂a... - Naprawd臋 ci to powiedzia艂a? - zapyta艂, patrz膮c na ni膮. - Pomyli艂a si臋? - Kocham ci臋 Isabelle - wyszepta艂 cicho. - Dure艅 - mrukn臋艂a, przytulaj膮c si臋 do niego. - Tylko m贸j dure艅. Schowa艂a twarz w zag艂臋bieniu jego szyi, przytulaj膮c si臋 do niego mocniej nie zwracaj膮c uwagi na nic, poza ukochanym ch艂opakiem. Ch艂opakiem,kt贸rego d艂onie w艂a艣nie g艂adzi艂y jej plecy. - Jak... Jak bardzo ci to przeszkadza? - zapyta艂a cicho. - Demoniczna strona? Cholernie... Nie mog臋 si臋 denerwowa膰, bo pod wp艂ywem mog臋 zaatakowa膰 kogo艣 bliskiego. Cho膰 to czasem pomaga... Musz臋 to przyzna膰, bo jak widzia艂a艣 szybko zdrowieje i nie da si臋 mnie zabi膰 od tak zwyk艂ym 偶elastwem. Potrzeba serafickich ostrzy lub p艂omienia, wi臋c trzeba troch臋 wi臋cej wysi艂ku, a przy broni dodatkowo do艣膰 mocno mnie pokiereszowa膰. To jednak nie jest moim zdaniem warte swojej ceny... - Czemu boisz si臋 przysz艂o艣ci i mo偶liwo艣ci posiadania dziecka? Nie to, 偶ebym naciska艂a, 偶e go chce teraz, ale... Nie rozumiem... - Nie chce, 偶eby kto艣 jeszcze nosi艂 brzemi臋 demonicznych korzeni... To jest zbyt trudne Isabelle... - Powied藕 to Jace'owi - mrukn臋艂a, wtulaj膮c g艂ow臋 w jego pier艣. - Tessa jest jego przodkini膮, a jest Podziemn膮 i wszystko jest dobrze. Nie powiniene艣 moim zdaniem przejmowa膰 si臋 takimi rzeczami. Jeste艣 jaki jeste艣. By膰 mo偶e i to dobrze nawet, bo znasz swoje demony najlepiej na 艣wiecie. Wiesz co mo偶esz zrobi膰 i jak si臋 uspokoi膰, a niekt贸rzy 偶yj膮 w b艂ogiej do czasu nie艣wiadomo艣ci. Nie znaj膮 swoich demon贸w i nie wiedz膮 jak z nimi walczy膰, a potem ludzie si臋 dziwi膮, 偶e na przyk艂ad tak bardzo si臋 zmieniaj膮. Ty wiesz z czym walczysz... - Nie ka偶dy ma swoje demony. Nie wyobra偶asz sobie na przyk艂ad, aby艣 te mia艂a... - Ka偶dy je ma, Jona. Nie ukryje si臋 przed nimi nikt i wiesz to najlepiej. Sp贸jrz na Clary, jej najwi臋kszym demonem jest chyba jej w贸zek i osoba, kt贸ra j膮 sprowadzi艂a na niego. To utkwi艂o w niej tam mocno, 偶e sta艂o si臋 jej cz臋艣ci膮, z kt贸r膮 musi walczy膰. - Tak... Jednak偶e ona nie jest taka... Okrutna, a ja staje si臋 bezwzgl臋dn膮 maszyn膮 do zabijania. To straszne i... - Jona. Sp贸jrz na mnie - poprosi艂a, delikatnie g艂adz膮c jego twarz, a nast臋pnie opuszczaj膮c r臋ce na jego d艂onie. Delikatnie uchwyci艂a je i podnios艂a do swojego gard艂a. Po艂o偶y艂a je na swojej szyi i spojrza艂a na niego pytaj膮co. - Da艂by艣 rade mnie teraz udusi膰? - Iz... - westchn膮艂, zabieraj膮c swoje r臋ce, jakby szyja dziewczyny oparzy艂a go. - Jak mo偶esz... Przecie偶... - No w艂a艣nie. Nie jeste艣 bezwzgl臋dn膮 maszyn膮 do zabijania. Temat mamy chyba zamkni臋ty, wi臋c... Czy mo偶esz ju偶 nie ucieka膰 ode mnie? - Nigdy wi臋cej kochanie - wyszepta艂, u艣miechaj膮c si臋 lekko. - Ale nigdy si臋 nie bawmy ju偶 w pytanie, czy si臋 udusz臋... To nie jest dobre, zw艂aszcza, gdy... Gdy pomy艣l臋, 偶e m贸g艂bym to zrobi膰, to mam ochot臋 i艣膰 si臋 co najmniej utopi膰. - Mhm... Uwa偶aj bo ci pozwol臋 - mrukn臋艂a, ci膮gn膮c go na siebie. Le偶a艂 na niej. Roze艣mianej dziewczyny, kt贸r膮 kocha艂 bardziej ni偶 m贸g艂by kiedykolwiek pomy艣le膰. - Kocham ci臋 Isabelle - powiedzia艂 i uca艂owa艂 jej nos. - Kocham ci臋 tak bardzo, 偶e czasem zastanawiam si臋, jak to jest mo偶liwe, 偶ebym m贸g艂 tak kocha膰. Wed艂ug planu mojego ojca nie powinienem nigdy kocha膰, powinienem 偶y膰 bez uczu膰, nie zna膰 ich, lub zna膰 jedynie gniew i nienawi艣膰... Na szcz臋艣cie matka o mnie walczy艂a, p贸藕niej razem z Clary i Luke'em... Nawet nie wiesz, jak momentami by艂a to trudna walka, kiedy wpada艂em w sza艂... Na Anio艂a, czasami m贸wi艂em, 偶e zabije wszystkich... Wyobra偶asz sobie? 5-letnie dziecko, gro偶膮ce, 偶e zabije i rzucaj膮ce sztyletami po pokoju, staraj膮c si臋 trafi膰 we w艂asn膮 matk臋... Przytuli艂a go do siebie, wtuli艂a jego cia艂o, w swoje, g艂adzi艂a po plecach, staraj膮c si臋 przegna膰 wszystko to, co by艂o z艂e. - Kochasz mnie, a ja kocham ciebie... Tylko to si臋 liczy. Wszystko inne to dodatki do naszego 偶ycia, a na niekt贸rych nawet nie warto si臋 skupia膰. Po prostu... 呕yjmy, dobrze? - Je艣li si臋 nie zgodz臋, to mnie odepchniesz i co najwy偶ej poprzytulam tylko twoje plecy, co nie? - Mo偶liwe... - 呕yjmy wi臋c sobie... Carpe diem, kochanie... Ksi臋ga III : Rozdzia艂 4 : "s艂owa, kt贸re mog艂y z艂ama膰 j膮" Na wst臋pie og艂oszenie parafialne. Poniewa偶 pod ostatnim postem zainteresowanie odno艣nie jakiego艣 nazwijmy to eventu na 4 lata, kt贸re pisze dla Was na Blogspocie by艂o niemal偶e zerowe, to po prostu nic nie b臋dzie. Postaram si臋 pisa膰 co pi膮tek, ale wiecie - jakby w pi膮tek si臋 post nie pojawi艂 to na pewno b臋dzie w niedziel臋. Przyjmijmy taki harmonogram. Suma sumarum, na pewno b臋dzie rozdzia艂 w tygodniu. Je艣li kto艣 st膮d czyta Owca Life to tam b臋dzie ta sama formu艂a co jest, czyli post co niedziel臋. Na tym chyba ko艅czymy og艂oszenia, mi艂ego rozdzia艂u Owca :D Posta膰 przesuwa艂a si臋 po drodze, niczym widmo, albo upi贸r, kt贸ry powsta艂 z dawnego pobojowiska i w pe艂ni ksi臋偶yca zmierza tam, gdzie mia艂 i艣膰 razem z innymi kamratami, szukaj膮c zemsty i ukojenia. Dowodem, na to, 偶e posta膰 jednak nale偶a艂a do 艣wiata 偶ywych by艂 jej ci臋偶ki oddech i sapanie. Lecz nic poza tym, nie przemawia艂o za tym, 偶e to faktycznie cz艂owiek, a nie zjawa. Jego 艂achmany wisia艂y na nim niczym na starym strachu na wr贸ble, a ko艣ciste, niemal bia艂e palce, jak d艂onie upiora co jaki艣 czas wysuwa艂y si臋 pod resztek p艂aszcza, aby naci膮gn膮膰 podarty kaptur na wyn臋dznia艂膮 twarz. Zatrzyma艂a si臋. Rozejrza艂a si臋 i spojrza艂a w g贸r臋, na zas艂oni臋te chmurami niebo. D艂ugie westchnienie, zmiesza艂o si臋 ze szlochem pe艂nym bezsilno艣ci. Owa chwila za艂amania nie trwa艂a jednak d艂ugo. Ko艣ciste palce zn贸w zaci膮gn臋艂y rozche艂stane odzienie, a posta膰 ruszy艂a dalej. Ku granicy. Drzewa zaszumia艂y. D藕wi臋k ten wydawa艂 mu si臋 z艂owrogi, jakby s艂ysza艂 w tym wojenn膮 wrzaw臋, krzyki demon贸w, wrzaski niemal stratowanych w t艂uszczy walcz膮cych i j臋ki rozpaczy tych, kt贸rzy zobaczyli nieruchome cia艂a bliskich. A przecie偶 by艂y to tylko li艣cie poruszone wiatrem. Mimo tego rozejrza艂 si臋 niespokojnie. Teraz nie m贸g艂 ryzykowa膰 niczego. Niby byli do艣膰 blisko miasta, aby w razie ataku przyby艂a pomoc, a runy, kt贸rymi ten teren ob艂o偶y艂a Clary, razem z czarami Magnusa, powinny stanowi膰 solidn膮 ochron臋, ale teraz nie chodzi艂o tylko o ich 偶ycie. W gr臋 wchodzi艂o dziecko. Ma艂a istotka, kt贸ra na razie, wed艂ug s艂贸w czarownika i Tessy, by艂a na razie zbiorem kom贸rek. Ale dla niego by艂o to co艣 wi臋cej ni偶 kilka ma艂ych struktur, kt贸re na razie nie buduj膮 na razie w pe艂ni nawet jednego palca. Dla niego, to by艂a mieszanina gen贸w jego i jego ognistow艂osej ukochanej. Dla niego w tym momencie to by艂o wszystko, za co warto by艂o nawet zgin膮膰. Zerkn膮艂 przelotnie na okno sypialni. Nikogo tam nie by艂o, ale wiedzia艂, 偶e wszystko to, co nadawa艂o sens jego 偶yciu w tym momencie le偶a艂o pod pierzyn膮 i spokojnie spa艂o, najprawdopodobniej le偶膮c na boku, wtulone w zwini臋t膮 po艣ciel, jak gdyby by艂a to ogromna przytulanka. U艣miechn膮艂 si臋 lekko. Tak sielski i delikatny obrazek, nie m贸g艂 zadzia艂a膰 na niego lepiej. Jednak ten spok贸j nie trwa艂 d艂ugo. Li艣cie zn贸w zaszumia艂y z艂owrogo. Rozejrza艂 si臋, a jego uwag臋 przyku艂a nieco po偶贸艂k艂a kartka, przyszpilona do drzewa prostym sztyletem. Podszed艂 do niej powoli, uwa偶aj膮c na ka偶dy ruch, mimo i偶 zdawa艂 sobie spraw臋 z pot臋gi ochronnych zakl臋膰, jakie otacza艂y obszar rezydencji. Ostro偶nie wyci膮gn膮艂 bro艅, zwracaj膮c uwag臋 na ka偶dy d藕wi臋k, najmniejszy szelest, czy inny powiew powietrza. Nic si臋 nie sta艂o, nic si臋 nie zmieni艂o. Wyj臋cie ostrza z kory nie spowodowa艂o 偶adnych innych skutk贸w, poza opadni臋ciem strony do jego st贸p. Ostro偶nie schyli艂 si臋 po ni膮 i odwr贸ci艂. Zmarszczy艂 brwi, czytaj膮c zapisek, napisany poszarpanym pismem, odpowiadaj膮cym, jego zdaniem plugawej tre艣ci. Kiedy tylko ostatnie s艂owo, niczym echo wybrzmia艂o w jego g艂owie, mia艂 ochot臋 poszarpa膰 papier na strz臋py, a nast臋pnie znale藕膰 osob臋, kt贸ra 艣mia艂a si臋 w og贸le pomy艣le膰 o takiej tre艣ci wiadomo艣ci. Powstrzyma艂 si臋 jednak. By艂 co prawda na granicy, mi臋dzy niepohamowanym sza艂em, a wybuchem gniewu, napina艂 papier do granicy rozdarcia go, ale zwolni艂 u艣cisk. Spr贸bowa艂 wzi膮膰 g艂臋bszy oddech. To jednak by艂 dow贸d. Ale z drugiej strony s艂owa, kt贸re mog艂y z艂ama膰 j膮. Ciche pukanie zm膮ci艂o my艣li kobiety. Podnios艂a wzrok znad papier贸w i spojrza艂a na lekko uchylone drzwi, przez kt贸re obserwowa艂y j膮 dobrze znane jej oczy. - Co艣 si臋 sta艂o Aline? - Czy mo偶emy porozmawia膰? To chyba do艣膰 pilne i my艣l臋, 偶e wa偶ne... - Chyba? Dziewczyna wesz艂a do pomieszczenia, zamykaj膮c za sob膮 drzwi. Usiad艂a na krze艣le przed matk膮, zagryzaj膮c ze zdenerwowania warg臋. Po艂o偶y艂a d艂onie na kolanach i przez d艂u偶sz膮 chwil臋 przygl膮da艂a si臋 偶y艂om, kt贸re wysz艂y przez zaciskanie palc贸w w pi臋艣ci. - Po prostu, kiedy chodz臋 po mie艣cie czuje si臋 teraz nieswojo. Na ustach ka偶dego s膮 Morgensternowie, bynajmniej w dobrym znaczeniu. Ka偶dy ma co do nich zarzuty. Kobieta zmarszczy艂a brwi, coraz pilniej s艂uchaj膮c c贸rki. Nie s膮dzi艂a, 偶e a偶 tak negatywne nastroje wywo艂a powr贸t rodziny do Idrisu. - Prawie ka偶dy boi si臋 Jonathana. Niekt贸rzy opowiadaj膮 straszne historie, jak to demon mo偶e przej膮膰 nad nim kontrol臋 i 偶e mo偶e powybija膰 wszystkich, kogo tylko b臋dzie chcia艂. Po mie艣cie kr膮偶膮 plotki z tego, jak zachowywa艂 si臋 w Jasnym Dworze, podczas zasadzki.... - westchn臋艂a, wzdrygaj膮c si臋 na my艣l tego wydarzenia. - Mamo, jestem 艣wiadoma tego, co wtedy m贸wi艂, ale przecie偶 ka偶dy widzia艂, jak zareagowa艂 s艂ysz膮c imi臋 Isabelle. Jak imi臋 jego siostry odbiera mu... Albo raczej ratuje go od tej demonicznej strony. On nie by艂by w stanie nas skrzywdzi膰, a ka偶dy teraz trzyma przy sobie przynajmniej jedno serafickie ostrze i czuje, jakby mia艂oby by膰 wymierzone prosto w Jonathana. Wiem mamo, 偶e to... Skomplikowana sytuacja, ale jednak wszyscy wychowywali艣my si臋 razem. Razem si臋 bawili艣my, sp臋dzali艣my czas i trenowali艣my. Nikt inny nie zna ich lepiej od nas, a my teraz milczymy kiedy inni ich atakuj膮. To mi nie pasuje, dlatego chcia艂am z tob膮 porozmawia膰. Nie mo偶emy teraz dopu艣ci膰, aby jeszcze w艣r贸d nas by艂y teraz roz艂amy. Wszyscy mamy jeden wsp贸lny cel - pokonanie Morgensterna. - Masz racje, potrzebujemy teraz jedno艣ci... - wymrucza艂a w ko艅cu, masuj膮c swoje skronie, chc膮c ul偶y膰 sobie w b贸lu migrenowym. - Nie mo偶emy zostawi膰 ich samych. Clary jest w ci膮偶y, je艣li si臋 o tym dowie mo偶e zareagowa膰 zbyt impulsywnie, a to mo偶e by膰 op艂akane w skutkach. - My艣lisz, 偶e mog艂aby... - Poroni膰? Mo偶liwe. Pyta艂am Magnusa jak przewiduje jej stan. Przez fakt, 偶e p艂ynie w niej krew anielska, kt贸ra na dodatek skumulowa艂a si臋 z nadwy偶k膮 jak膮 posiada Jace nie mo偶na okre艣li膰, jaki przebieg b臋dzie mia艂a jej ci膮偶a... Trzeba naprawd臋 na ni膮 uwa偶a膰. - My艣lisz, 偶e 艁owcy si臋 tym przejmuj膮? - Nie. Zdaje sobie spraw臋 z tego, 偶e dla nich Morgensternowie to zdrajcy... Wystarczy mi postawa Malachiego, kt贸ry ci膮gle chce zmieni膰 moje stanowisko wobec nich... Od zaj艣cia w Jasnym Dworze chce zamkn膮膰 Jonathana w izolatce... Gdzie czeka艂by na 艣mier膰. - Czemu nie zmienisz go? Mo偶esz go odwo艂a膰... - Gdyby to by艂o takie proste... 艁owcy oskar偶膮 mnie wtedy o zbytni膮 przychylno艣膰 wobec Morgenstern贸w i 偶e usuwam ze stanowisk wszystkich, kt贸rzy maj膮 odmienne zdanie. Poza tym nie potrzebuje w czasie wojny kolejnych utarczek i dodatkowej papierologii odno艣nie wyboru nowego Konsula. Pami臋taj te偶, 偶e wrog贸w trzeba trzyma膰 blisko. Wole go kontrolowa膰, ni偶 gdyby mia艂 poza moj膮 kontrol膮 dzia艂a膰 na w艂asn膮 r臋k臋. Tak jest bezpieczniej dla wszystkich. - Dlaczego on w艂a艣ciwie jest tak przeciwko Morgensternom? - Nie wiem i chyba si臋 nigdy tego do ko艅ca nie dowiem. S膮dz臋, 偶e po prostu boi si臋 swojej pozycji. Mo偶e my艣li, 偶e b臋d臋 chcia艂a wprowadzi膰 Jocelyn na jego miejsce. - A wprowadzi艂aby艣? - Nie... Nie dlatego, 偶e nie nadawa艂by si臋. Kto wie, mo偶e i by si臋 sprawdzi艂a lepiej ni偶 Malachi, ale to kiedy艣. Teraz jest po zbyt wielu przej艣ciach. Nie chce dodawa膰 jej ci臋偶aru, zw艂aszcza, 偶e tyle ju偶 przesz艂a. Poza tym obecnie jej nazwisko nie przyj臋艂o by si臋 jako nazwisko Konsula. 艁owcy nie mieliby do niej nale偶ytego szacunku lub traktowali jak swojego wroga. Jest niezwykle siln膮 i bystra kobiet膮, ale jej przej艣cia... W dodatku ma na g艂owie Jonathana i Clary, nawet je艣li oboje mocno si臋 usamodzielnili... Zawsze b臋dzie ich mie膰 pod swoj膮 opiek膮 i b臋dzie obok nich zw艂aszcza teraz przy Jonathanie. - To wida膰. - Pani Inkwizytor - zacz膮艂 Malachi, wchodz膮c do pokoju, ale urwa艂 widz膮c matk臋 i c贸rk臋. - Przepraszam, za takie wyj艣cie. Nie by艂o zaplanowanego 偶adnego spotkania i s膮dzi艂em, 偶e jeste艣 sama. - Nic si臋 nie sta艂o. Prosz臋, co masz za spraw臋? - Tak jak prosi艂a艣 zorganizowa艂em spotkanie na jutro odno艣nie naszej obrony. Czy mog臋 wiedzie膰, dlaczego macie takie... Niepocieszone twarze? - Wewn臋trzne sprawy... - rzuci艂a zdawkowo Aline, widz膮c, 偶e matka nie umie dobrze okre艣li膰 tematu ich rozmowy. - O imieniu Morgenstern? - dopyta艂 Malachi. - Wiedzia艂em - powiedzia艂 po chwili ciszy, podczas kt贸rej 偶adna z kobiet nie umia艂a ani zaprzeczy膰, ani potwierdzi膰. - To raczej nie jest sprawa, o kt贸rej chcia艂abym z tob膮 rozmawia膰, za przeproszeniem... - Wiem dlaczego... By艂em g艂upi i za艣lepiony. Zrozumia艂em, 偶e nie powinienem teraz dzieli膰 naszego spo艂ecze艅stwa. To jest jedynie po my艣li Morgensterna, nie na nasz膮 korzy艣膰 - powiedzia艂 powa偶nie, nie wyra偶aj膮c przy tym 偶adnej pogardy. - Je艣li s膮 jakie艣 k艂opoty chc臋 chocia偶 zaoferowa膰 pomoc. Sprowadzi膰 Cichego Brata do Clarissy? Udost臋pni膰 bro艅 innym? Cokolwiek, czym m贸g艂bym si臋 zaj膮膰, a pokaza艂oby szczero艣膰 moich intencji? - Doprawdy chcia艂by艣 im teraz pomaga膰? - Pani Inkwizytor, chc臋, czy nie chc臋 - to si臋 nie liczy. Liczy si臋 jedno艣膰 Nefilim, a tak偶e fakt i偶... Nie ma 偶adnej ustawy, kt贸ra pozwoli艂aby ich skaza膰, a wed艂ug naszego prawa nie ma przest臋pstwa bez ustawy. S膮 wi臋c pe艂noprawnymi Nefilim, kt贸rych ja, pe艂ni膮c urz膮d Konsula powinienem chroni膰 przed ka偶d膮 krzywd膮, jaka mog艂aby ich spotka膰. To jest zadanie mojego urz臋du, kt贸re chce wype艂nia膰, dlatego nie mog臋 pozwoli膰 sobie na prywatne os膮dy... Przynajmniej w wymiarze mojego urz臋du, a ka偶dy wie, i偶 to co my艣li Nefilim, a to co robi nie musi znajdowa膰 odzwierciedlenia. Mam takie zadania i musz臋 je wykonywa膰. Obie kobiety patrzy艂y na niego z niemym podziwem. 呕adna nie s膮dzi艂a i偶 mo偶e zaj艣膰 w cz艂owieku taka zmiana, nawet je艣li ogranicza艂a si臋 do sfery jego urz臋du i poczyna艅. Nikt w ko艅cu nie m贸g艂 sprawdzi膰 tego, co tak naprawd臋 my艣la艂, ale to co przed chwil膮 zadeklarowa艂 by艂o post臋pem. I to milowym. - Dobrze. W takim razie mo偶esz zastanowi膰 si臋 jak przet艂umaczy膰 艁owcom to co sam zrozumia艂e艣. 呕e potrzebujemy jedno艣ci, nie ostracyzmu - stwierdzi艂a Jia, u艣miechaj膮c si臋 do niego blado. - Cieszy mnie ta zmiana. Nie dlatego, 偶e osobi艣cie mam dobre stosunki z Morgensternami, a dlatego, 偶e r贸wnie偶 zdaje sobie spraw臋 z wagi sytuacji naszych czas贸w i jak wa偶na b臋dzie zgoda. - Dzi臋kuj臋 pani Inkwizytor. S膮dz臋, 偶e mo偶na poruszy膰 t膮 spraw臋 jutro. Wewn臋trzna zgoda jest bardzo wa偶na, aby艣my mogli stawi膰 op贸r, a nawet pokona膰 Valentine'a. Ksi臋ga III : Rozdzia艂 3 : "potrzebowa艂 tylko jednego..." Witam was kochane Ludziki!!!! Tak, zn贸w widzimy si臋 w pi膮teczek, pi膮tunio, pi膮tusie艅ko!!! Nie jestem pewna, czy da rad臋 to utrzyma膰, r贸wnie偶 na kolejne pi膮tki, ale kto nie ryzykuje nie pije szampana, wi臋c mamy, zobaczymy czy nast臋pny post te偶 b臋dzie w pi膮tek, czy jednak w niedziel臋. Dobrze, skoro to mamy wyja艣nione to kolejna sprawa. W grudniu - 17 - stuknie mi 4 lata na Bloggerze. Z tej okazji chcia艂am zrobi膰 co艣 specjalnego, ale wiecie... Najpierw trzeba zasi臋gn膮膰 u Was j臋zyka. Wi臋c pytam prosto z mostu - chcieliby艣cie co艣 specjalnego odno艣nie tego dnia? I od razu m贸wi臋 - tak, b臋dzie rozdzia艂 bonusowy, ale czy gdybym zrobi艂a co艣 innego np. jaki艣 konkursik, czy co艣 typu Q&A to b臋dziecie brali w tym udzia艂. Bo jak nie to po wafla mi to robi膰? ... Odpowiedzia艂e艣 sobie? To okey, tak wi臋c w komentarzach napiszcie mi co o tym s膮dzicie i prosz臋, 偶eby serio to potraktowa膰, bo ja Was traktuje serio i staram si臋 wymy艣li膰 co艣 super... Ale wiecie... Odzew mile widziany i tak takiego typu. No to piszcie w komach co o tym s膮dzicie i mam nadzieje, 偶e rozdzia艂 te偶 si臋 spodoba. Bayo!! Pog艂adzi艂 delikatne, rude pukle. U艣miechn膮艂 si臋, przeje偶d偶aj膮c palcami od jej biodra po ods艂oni臋ty przez podwini臋t膮 koszulk臋 brzuch. Tam rozwija艂o si臋 jego dziecko. Pod sercem dziewczyny, kt贸ra znaczy艂a dla niego wi臋cej ni偶 偶ycie. - Ju偶 nigdy nie pozwol臋, aby sta艂a wam si臋 krzywda - wyszepta艂, sk艂adaj膮c ca艂usa na czole 艣pi膮cej dziewczyny. - Ju偶 nigdy na to nie pozwol臋. Odetchn膮艂 g艂臋boko, wdychaj膮c zapach sk贸ry Clary. Uwielbia艂 ten delikatny zapach szamponu do w艂os贸w i p艂ynu brzoskwiniowego, kocha艂 wo艅 jej perfum, kt贸rymi spryskiwa艂a najcz臋艣ciej swoje ubrania, tak 偶eby nie przesi膮k艂y ostrym zapachem farb. Mieszanka tych zapach贸w zawsze go uspokaja艂a, dzia艂a艂a koj膮co na nerwy. Teraz te偶 tak by艂o. Przez p贸艂 nocy, zamiast spa膰 patrzy艂 na ukochan膮, my艣l膮c, jak to b臋dzie, gdy urodzi si臋 ich dziecko. Zastanawia艂 si臋, czy naprawd臋 to jest realne, czy naprawd臋 ma zosta膰 ojcem. - Zrobi臋 wszystko, 偶eby艣cie byli bezpieczni i szcz臋艣liwi... Wszystko kochanie - wyszepta艂, ocieraj膮c wargi o jej czo艂o. - Mhm... - mrukn臋艂a, wtulaj膮c si臋 w jego rami臋 jeszcze bardziej. - Nie 艣pisz? Odpowiedzia艂a mu cisza. Przyjrza艂 si臋 ukochanej i upewni艂 si臋 w tym, 偶e spa艂a, ale mrucza艂a cicho przez sen. - Kocham ci臋 - wyszepta艂, wtulaj膮c nos w jej w艂osy. - Kocham nasze dziecko. Mia艂 ju偶 zasypia膰 od nowa, kiedy us艂ysza艂 ciche pukanie do drzwi. Zerkn膮艂 czy, nie obudzi艂o to Clary, po czym spojrza艂 w stron臋 wej艣cia do pokoju. Zanim powiedzia艂 "prosz臋" do sypialni wesz艂a ostro偶nie Jocelyn. Nagle poczu艂, jak w gardle tworzy si臋 ogromna gula, a w brzuchu nieprzyjemny ucisk. - Jace? - zapyta艂a, nie ukrywaj膮c zaskoczenia. Nie mia艂a prawa spodziewa膰 si臋, 偶e zastanie ch艂opaka w 艂贸偶ku z jej c贸rk膮. Nie po tym, jak wczoraj wyszed艂. Nie po tym, jak Jonathan powiedzia艂 kobiecie, co zrobi艂. Rozumia艂, a偶 za dobrze jej zaskoczenie, ale nie by艂 przygotowany na to. Nie by pewien, co powinien powiedzie膰 matce ukochanej. - Witaj Jocelyn - powiedzia艂 cicho, bezwiednie g艂adz膮c Clary po g艂owie. - Co... - Wiem, 偶e wczoraj zrobi艂em najwi臋ksz膮 g艂upot臋, jak膮 tylko mog艂em zrobi膰, ale to si臋 nie powt贸rzy. Kocham Clary, a wczoraj... Musia艂em och艂on膮膰. Posiadanie dziecka w chwili, kiedy tak naprawd臋 nie jeste艣my pewni nast臋pnych tygodni nie jest naj艂atwiejszym po艂o偶eniem, ale nie mam zamiaru ucieka膰 tylko dlatego. Nie zostawi臋 jej samej z naszym dzieckiem. - Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego spraw臋, ale moje zaufanie do ciebie raptownie spad艂o, po tym co zrobi艂e艣, wi臋c nie wiem, dlaczego mia艂abym ci zaufa膰 Jace... - Bo ja mu ufam - wyszepta艂a cicho Clary. Otworzy艂a powoli oczy. Podnios艂a si臋 do pozycji siedz膮cej i spojrza艂a najpierw na matk臋, potem na ch艂opaka. - Mamo, kocham Jace'a i ufam mu, 偶e to, co sta艂o si臋 wczoraj ju偶 wi臋cej si臋 nie powt贸rzy. Moje zdanie chyba liczy si臋 najbardziej w tej kwestii... - Wczoraj musia艂em to wszystko przemy艣le膰. By艂em w szoku. Nie spodziewa艂em si臋, 偶e... 呕e teraz to si臋 stanie. - Teraz? Jace, powinni艣cie przewidywa膰 konsekwencje swoich poczyna艅. Jeste艣cie prawie doro艣li, a za kilka miesi臋cy b臋dziecie mieli dziecko. To nie jest czas na g艂upie wyt艂umaczenia. - Nikt o takich nie m贸wi. Jak mog艂em si臋 spodziewa膰, 偶e... 呕e to stanie si臋 tak szybko... - Tak szybko? - powt贸rzy艂a kobieta, uwa偶nie na niego patrz膮c. - Jace, m贸w ja艣niej, bo nie mam zamiaru zgadywa膰 co masz na my艣li. - Nie my艣la艂a艣 chyba, 偶e skoro odzyska艂em Clary to pozwol臋 sobie zn贸w j膮 straci膰 - powiedzia艂, siadaj膮c i przytulaj膮c j膮 do siebie. - Kocham j膮 za bardzo, 偶eby zn贸w 偶y膰 bez niej... C贸偶, gdyby ta sytuacja nie by艂a tak ma艂o romantyczna to pewnie bym si臋 o艣wiadczy艂 jej jeszcze wczoraj, ale nie maj膮c pewno艣ci, 偶e mi wybaczy jako艣 nie zabra艂em ze sob膮 偶adnego pier艣cionka. - Jace, prosz臋 sko艅cz z sarkazmem. To powa偶ne sprawy. - Jestem powa偶ny. O艣wiadcz臋 si臋 Clary, wezm臋 z ni膮 艣lub, wychowam z ni膮 dziecko... Albo raczej dzieci, bo na pewno nie sko艅czy si臋 na jednym. Nie zostawi臋 jej ju偶 nigdy, bo j膮 kocham. - Jace... - wyszepta艂a rudow艂osa, patrz膮c na niego. - Nie musisz... - Ale chce - przerwa艂 jej, obejmuj膮c delikatnie. - Chce i to zrobi臋. Nie powstrzymasz mnie przed pr贸b膮 o艣wiadczenia si臋 Tobie... Przynajmniej spr贸buje... - Spr贸bujesz? - Nie da si臋 przewidzie膰 twojej odpowiedzi skarbie... - wyszepta艂 delikatnie, ca艂uj膮c jej skro艅. - Jocelyn, naprawd臋 nie skrzywdz臋 wi臋cej Clary. - Zobaczymy - mrukn臋艂a. - Przynie艣膰 wam tu co艣, czy zejdziecie do nas? - Zejdziemy. Nie ma co robi膰 zb臋dnej sensacji - mrukn膮艂 Jace, powoli wstaj膮c. - Na to jest ju偶 zdecydowanie za p贸藕no. - Jeste艣 pewna, 偶e to ostatni taki wyskok Jace'a? - zapyta艂a Izzy, sk艂adaj膮c czerwon膮 koszulk臋 i uk艂adaj膮c j膮 na p贸艂ce. - Wiem, 偶e go kochasz i 偶e on to odwzajemnia, ale na pewno nie jeste艣cie te偶 gotowi na posiadanie dziecka. - Nie m贸w jak moja mama Iz... To robi si臋 straszne, zw艂aszcza, 偶e ona teraz b臋dzie stale patrzy膰 na jego r臋ce. - Ale jeste艣 pewna, 偶e to taki ostatni wyskok z jego strony? Nie chcia艂abym, aby moja najlepsza przyjaci贸艂ka cierpia艂a z powodu, jakby nie patrze膰 osoby, kt贸ra jest dla mnie jak brat. To nie by艂oby dobre, zw艂aszcza, 偶e no c贸偶... Jeste艣cie oboje dla mnie wa偶ni. - Dzi臋kuj臋 ci Izzy, ale... Jace to musia艂 do siebie przyswoi膰. Ja te偶 nie powiedzia艂am wam od razu co si臋 dzieje. Nie jestem bez winy w tym temacie i dobrze o tym wiem. Mog艂am mu powiedzie膰 o dziecku inaczej, jako艣 go przygotowa膰, a tak naprawd臋... Wypali艂am to... - Nie mo偶esz si臋 obwinia膰. Sama nie jeste艣... Nie jeste艣 przygotowana na to, 偶eby ju偶 zosta膰 mam膮. Powinien od razu ci臋 wspiera膰, a nie ucieka膰 jak... - urwa艂a nagle, jakby jej s艂owa zosta艂y trafione pociskiem i rozpad艂y si臋, zanim tak naprawd臋 zd膮偶y艂a je wypowiedzie膰. - Jak Jonathan? - zapyta艂a Clary, patrz膮c na ni膮 z powag膮 wypisan膮 na twarzy. - Zn贸w ci臋 odpycha od siebie? - Tak... Po tym, jak wyszed艂 od ciebie, zataczaj膮c si臋 poszed艂 w drug膮 stron臋, zachowuj膮c si臋 tak, jakby nie chcia艂 mnie widzie膰... Ani mnie, ani twojej matki. - To by艂o na odwr贸t... - Co by艂o na odwr贸t? Widzia艂am, jak ucieka艂 jak najdalej, nie patrz膮c nawet na mnie, jedynie burcz膮c, 偶ebym przysz艂a do ciebie, a jego zostawi艂a w 艣wi臋tym spokoju... - To by艂o na odwr贸t - powt贸rzy艂a, patrz膮c na ni膮. - On nie chcia艂, 偶eby艣 to Ty zobaczy艂a Jego stan - powiedzia艂a, odpowiednio akcentuj膮c s艂owa, k艂ad膮c na nie, niemal sztywny i zimny akcent. - Ty mia艂a艣 nie patrze膰 na niego, a nie on na ciebie. 殴le to zrozumia艂a艣. - Ale, dlaczego? - Izzy, wiem, 偶e nienawidzisz, kiedy si臋 o tym wspomina, ale Jona to jednak p贸艂 demon. Walczy z t膮 drug膮 natur膮, ale zrozum - posiada j膮. To, 偶e mo偶e przy mnie siedzie膰, nie znaczy, 偶e bezwiedne iskry, kt贸re czasem pojawiaj膮 si臋 na moich r臋kach to dla niego r贸wnie偶 pi臋kne ogniki niebia艅skiego 艣wiat艂a. Nie. To dla niego 艣miertelne zagro偶enie. To, 偶e wi臋kszo艣膰 czasu panuje nad sob膮, nie oznacza, 偶e jest tak zawsze. - Ale to m贸j Jonathan... On nie m贸g艂by... - M贸g艂by - wyszepta艂a cicho Clary. - Uwierz, m贸g艂by. W艂a艣nie wtedy, kiedy si臋 dowiedzia艂 co zrobi艂 Jace by艂 w stanie zrobi膰 prawie wszystko... Sama si臋 przestraszy艂am na pocz膮tku. By艂am w zbyt wielkim szoku... My艣la艂am, 偶e straci艂am Jace'a, nie mog艂am pozwoli膰 sobie na utrat臋 i brata, wi臋c uwolni艂am ognika - wyszepta艂a, kiedy na 艣rodku jej d艂oni pojawi艂 si臋 malutki ognik, wygl膮daj膮cy niewinnie, ale pozory w ko艅cu myl膮. - Dopiero jak go zobaczy艂 troch臋 si臋 opami臋ta艂 i wyszed艂 z pokoju, zataczaj膮c si臋... Zareagowa艂am zbyt instynktownie, ale... - Clary... Co on... - Powiedzia艂, 偶e zabije Jace'a, za to, 偶e mnie zostawi艂 w takim stanie - wyszepta艂a, przesuwaj膮c ogniki na palce. - Ja... Nie wiem. To go wkurzy艂o i to mocno, a ja nie wiedzia艂am, jak inaczej go uspokoi膰. Po raz pierwszy ba艂am si臋, bo przecie偶 dziecko... - Ale... Dlaczego nie chce, 偶ebym go zobaczy艂a? W sensie, dlaczego zawsze przede mn膮 ucieka, kiedy zaczyna si臋 robi膰 trudno? - Boi si臋 ciebie straci膰. Uwa偶a, 偶e w og贸le nie powinna艣 si臋 z nim zadawa膰 dla w艂asnego bezpiecze艅stwa, a fakt, 偶e nie chcesz go odst臋powa膰 na krok, sprawia, 偶e niestety, ale sam podejmuje inicjatyw臋, aby chroni膰 ci臋 przed samym sob膮. - Boi si臋 mnie straci膰? Przecie偶... Przecie偶 to nie tak powinno by膰. Chce mu pom贸c upora膰 si臋 z tym wszystkim, a jak ja niby mam to zrobi膰, skoro si臋 przede mn膮 ukrywa, co? Jak on to sobie wyobra偶a, 偶e jak b臋dzie ucieka膰 to wszystko b臋dzie fantastycznie? - To z nim musisz porozmawia膰 - stwierdzi艂a, gasz膮c p艂omie艅 i sk艂adaj膮c koszulk臋. - Ja tego nie zrobi臋 Iz. To ty musisz postawi膰 go przy murze, tak, 偶eby postanowi艂 si臋 otrz膮sn膮膰... Albo zacz膮艂 wierzy膰, bo my艣l臋, 偶e nie rozumie, tego jak bardzo go kochasz i 偶e to naprawd臋 sta艂e uczucie. Siedzia艂, patrz膮c na wisz膮cy na 艣cianie Miecz. Powoli uderza艂 palcami o blat biurka, na kt贸rym roz艂o偶one by艂y plany miasta, mapa ca艂ego Idrisu i oszacowane liczby si艂, jakimi dysponowa艂. Kolejny krok musia艂 by膰 dok艂adnie przemy艣lany pod ka偶dym wzgl臋dem. Sytuacja, jaka mia艂a miejsce w Dworze faeri nie mia艂a prawa si臋 powt贸rzy膰, zw艂aszcza, 偶e tam o ma艂o nie m贸g艂 straci膰 zbyt du偶o. Ma艂o brakowa艂o, a nie do艣膰, 偶e nie pozyska艂by ostatniego sk艂adnika to straci艂by cz臋艣膰 swoich ludzi, na korzy艣膰 faerii. Nie m贸g艂 przecie偶 do tego dopu艣ci膰. To Nefilim mieli stanowi膰 przysz艂膮 elit臋 nowego 艣wiata, a ju偶 historia zwyk艂ych Przyziemnych pokaza艂a, 偶e je艣li rasa panuj膮ca by艂a w mniejszo艣ci zwykle przegrywa艂a przy ka偶dej rebelii mas ni偶szych, b膮d藕 przy podejmowaniu ka偶dej decyzji mie膰 na uwadze cho膰by p贸藕niejsze poczynania ni偶szych stan贸w. Nefilim mo偶e i byli inn膮 ras膮, posiadaj膮c膮 pierwiastek anielski, nieskazitelny, ale posiadali r贸wnie偶 ludzkie, przyziemne cechy. Historia ko艂em si臋 toczy, mo偶liwo艣膰 by艂a, aby i w tym przypadku zatoczy艂a okr膮g. W ko艅cu kiedy艣 by艂 w mniejszo艣ci. Kr膮g przeciwko Clave i zdrajcom. Wtedy o ma艂o nie przegra艂, teraz nie m贸g艂 sobie na to pozwoli膰. By艂 bardzo blisko dope艂nienia swojego planu i nie m贸g艂 teraz przegra膰. Jeszcze raz spojrza艂 na Miecz, kt贸ry emanowa艂 ciemn膮 po艣wiat膮, wywo艂uj膮c膮 u niekt贸rych niepok贸j. Demoniczny Miecz, pozwalaj膮cy mu na panowanie nad ca艂ymi hufcami demon贸w. Kontrolowa艂 ca艂膮 armi膮 tych piekielnych pomiot贸w. Mia艂 przewag臋 liczebn膮 nad ca艂ym Alicante i 艁owcami, kt贸rzy zjechali do miasta, nie wspominaj膮c faktu, 偶e zawsze m贸g艂 przyzwa膰 nowe demony. Do osi膮gni臋cia kompletnej przewagi potrzebowa艂 tylko jednego... Drobny fail Bardzo Was przepraszam, ale po prostu nie da艂am rady nic napisa膰, a nie chce w ostatniej chwili co艣 pisa膰. Jest post na Owca Life odno艣nie 12 listopada, za to. A co do posta tutaj po prostu nie b臋dzie w tym tygodniu. No niestety zacz臋艂am ostre przygotowania do matury i niestety, ale wszystkiego nie ogarn臋, zw艂aszcza, 偶e mam jeszcze par臋 innych rzeczy do szko艂y do zrobienia. Postaram si臋, aby takie sytuacje wi臋cej nie mia艂y miejsca, ale wiecie - opowiadania pisze jako hobby, wi臋c teraz b臋dzie nieco trudny okres, ale kiedy minie troch臋 sza艂u w zwi膮zku z ko艅cz膮cym si臋 powoli semestrem i ogarn臋 troch臋 swoje sprawy zn贸w b臋dzie regularno艣膰 i porz膮dne posty. Dzi臋kuj臋 za wyrozumia艂o艣膰 i cierpliwo艣膰. Przepraszam za tak膮, a nie inn膮 sytuacj臋, znowu, ale prosz臋 zrozumcie. Klasa maturalna. Mam nadzieje wam to wynagrodzi膰 p贸藕niej, po maturach, kiedy postaram si臋 wi臋cej pisa膰, nie tylko na Owca Life, bo je艣li dobrze wszystko policzone i nie b臋dzie zbyt du偶ych utrudnie艅 jeszcze przed majem III Ksi臋ga Kaleki dobiegnie ko艅ca i wejd膮 w 偶ycie inne moje projekty. To tyle, jeszcze raz przepraszam. Ksi臋ga III : Rozdzia艂 2 : "My ciebie te偶" Patrzy艂 na ni膮. Jak niespokojnie wyciera艂a mokre w艂osy w r臋cznik, kt贸ry zarzuci艂a na krzes艂o. Jak wzi臋艂a do r臋ki szczotk臋 i rozdzieliwszy rude loki na dwie cz臋艣ci, zacz臋艂a czesa膰 t膮 po lewej, czemu towarzyszy艂o wyra藕ne zdenerwowanie. Pokr臋ci艂 g艂ow膮 i usiad艂 obok niej, dotykaj膮c jej ramienia, przez co podskoczy艂a, jakby nie spodziewaj膮c si臋 go. - Co? - szepn臋艂a wyrwana ze swoich my艣li. - Tak, zgadzam si臋 tylko... - O nic w艂a艣nie nie pyta艂em... - mrukn膮艂, wyci膮gaj膮c przedmiot z jej r臋ki. - Jeste艣 strasznie zamy艣lona dzisiaj, jakby... - Po prostu to wszystko do mnie wraca... Dzieci艅stwo. - Nie musisz si臋 tym katowa膰... To ju偶 min臋艂o i nie pozwol臋, 偶eby艣... - Akurat nie my艣la艂am o tym... Bardziej o tych spokojnych dniach z mam膮, Lukiem i nami nad jeziorem, albo rzek膮. Te mi艂e wspomnienia, kiedy byli艣my prawdziwymi dzie膰mi. - Kiedy ci膮gn膮艂em ci臋 za warkocz - mrukn膮艂, u艣miechaj膮c si臋 lekko, zaczynaj膮c delikatnie czesa膰 mniejsze pasma lok贸w. - Teraz na szcz臋艣cie ju偶 nie ci膮gniesz... - Zawsze chcia艂em zwraca膰 twoj膮 uwag臋 na siebie... Nie wiem, jako艣 potrzebowa艂em twojego zainteresowania, 艣wiadomo艣ci, 偶e zajmujesz si臋 mn膮... Wiem, to dziecinne, ale byli艣my dzie膰mi. - C贸偶, teraz role si臋 odwr贸ci艂y... - Clary, w贸zek nie sprawia, 偶e... - Zn贸w mnie 藕le zrozumia艂e艣. My艣la艂am raczej o tym, 偶e b臋dziesz cz臋艣ciej czesa膰 moje w艂osy. Ca艂kiem przyjemnie si臋 czuje, kiedy to robisz. - Nie dziwi臋 si臋. Ty prawie powyrywa艂a艣 swoje w艂osy - mrukn膮艂, podkr臋caj膮c wilgotne pasmo w jeden, gruby lok. - Czym tak si臋 zamy艣li艂a艣? - M贸wi艂am, ci, 偶e dzieci艅stwem. - Nie chce by膰 nieufny wzgl臋dem ciebie skarbie, ale to niezbyt mo偶liwe. Co艣 si臋 sta艂o, tak? Dalej my艣lisz o reakcji 艁owc贸w, czy martwisz si臋 bratem? Westchn臋艂a, skrywaj膮c twarz za woalem mokrych, rudych w艂os贸w. Ch艂opak jednak nie da艂 si臋 zby膰 i odgarn膮艂 jej w艂osy, bardziej przysuwaj膮c j膮 do siebie. Obj膮艂 j膮 ramionami i niezbyt przejmowa艂 si臋 faktem, 偶e od w艂os贸w ukochanej koszulka robi艂a si臋 coraz mniej sucha. - Nie ukrywaj si臋 przede mn膮 kochanie. Kocham ci臋 i nie pozwol臋, aby co艣 ci臋 dr臋czy艂o. Ju偶 od dawna nie musisz sama mierzy膰 si臋 ze swoimi problemami. Twoje k艂opoty to moje k艂opoty i martwi臋 si臋 o ciebie... Clary, ja szaleje, kiedy nie wiem, co si臋 z tob膮 dzieje i co zaprz膮ta twoj膮 pi臋kn膮 g艂贸wk臋, rozumiesz? - To... Nic wa偶nego... Nie powiniene艣 si臋 tym przejmowa膰, to tylko takie kobiece zamartwienia... - Nie wydaje mi si臋 skarbie. Sp贸jrz na mnie - poprosi艂, a kiedy odwr贸ci艂a wzrok delikatnie uj膮艂 jej podbr贸dek, zmuszaj膮c do spojrzenia na niego. - Kocham ci臋 i cokolwiek by si臋 nie sta艂o, nic tego nie zmieni. Kocham ci臋 jak wariat i to si臋 nie zmieni nigdy. - Ale... To... - A wi臋c co艣 jednak jest na rzeczy - mrukn膮艂, g艂adz膮c rami臋 dziewczyny. - Wi臋c, co si臋 dzieje? - Jestem... W ci膮偶y... - wypali艂a mi臋dzy dwoma wi臋kszymi wdechami. Ch艂opak zmarszczy艂 brwi pocz膮tkowo nie dowierzaj膮c, ale kiedy wyraz twarzy Clary, wyra偶aj膮cy pe艂n膮 powag臋 i cie艅 strachu, nie zmieni艂 si臋 rozchyli艂 usta nie dowierzaj膮c. - My... B臋dziemy mieli... - Dziecko - dopowiedzia艂a cicho. Ch艂opak pu艣ci艂 j膮 i usiad艂 na skraju 艂贸偶ka, chowaj膮c twarz w d艂oniach. Siedzia艂 tak przez chwil臋 nie wiedz膮c zbytnio co zrobi膰. W pokoju zapanowa艂a kompletna cisza, s艂ysza艂 wi臋c sw贸j nier贸wny oddech, a w g艂owie zacz臋艂o ko艂owa膰 mu si臋 tysi膮c my艣li na raz. Kilka razy odetchn膮艂 g艂臋boko, ale na wiele si臋 to nie zda艂o. W ko艅cu wsta艂 z 艂贸偶ka i szybko ubra艂 spodnie, koszul臋 i kurtk臋. Bez s艂owa wyszed艂 z pokoju, nawet nie rzucaj膮c spojrzenie na dziewczyn臋, kt贸ra bardziej s艂ysz膮c ni偶 widz膮c zza 艂ez, kt贸re zacz臋艂y zbiera膰 si臋 w jej oczach zacz臋艂a szlocha膰, zwijaj膮c si臋 na 艂贸偶ku niczym embrion, zaciskaj膮c ramiona na brzuchu, w kt贸rym zaczyna艂a rozwija膰 si臋 ma艂a istotka. Nie pami臋ta艂 p贸藕niej jak opu艣ci艂 rezydencj臋, ani dlaczego w艂a艣ciwie wybra艂 drog臋 wiod膮c膮 do jeziora Lyn. Po prostu szed艂 tam, gdzie prowadzi艂y go nogi, staraj膮c skupi膰 si臋 na d藕wi臋kach cykad, szumu koron drzew i odg艂osach krok贸w, jakie oddziela艂y go od domu. Chcia艂 skupi膰 si臋 nad tym, a nie nad szumem w g艂owie, ponad kt贸rym wybija艂 si臋 g艂os dziewczyny m贸wi膮cej, 偶e jest w ci膮偶y. B臋dzie mia艂 dziecko z ni膮. Co prawda m贸wi艂, 偶e nie mia艂by nic przeciwko posiadaniu dziecka, ale kiedy sta艂o si臋 to faktem straci艂 mow臋. Ten raz, kiedy ich za bardzo ponios艂o przyni贸s艂 w艂a艣nie owoce. Ma艂y 艁owca rozwija艂 si臋 pod sercem rudow艂osej. Nigdy nie spodziewa艂 si臋, 偶e tak szybko zostanie ojcem. Nigdy nie chcia艂, aby nast膮pi艂o to w chwili, kiedy psychopatyczny, biologiczny ojciec Clary b臋dzie na ni膮 polowa膰, a w Idrisie szykowano si臋 do wielkiej wojny, w kt贸rej b臋dzie musia艂 bra膰 udzia艂 i nie wiedzia艂, jak mo偶e si臋 to wszystko potoczy膰 dalej. Zbyt du偶o my艣li ko艂ata艂o si臋 w jego g艂owie. Musia艂 je sobie pouk艂ada膰, musia艂 wymy艣li膰, jak zapewni膰 bezpiecze艅stwo w艂asnej dziewczynie, a teraz jeszcze dziecku. Musia艂 pouk艂ada膰 sobie ca艂e 偶ycie na nowo - nie tyko uwzgl臋dni膰 potrzeby dla ich dw贸jki, ale teraz jeszcze dziecka. Musia艂 szybko dojrze膰, sta膰 si臋 najlepszym ojcem dla przysz艂ego 艁owcy. Szed艂 dalej bior膮c coraz g艂臋bsze oddechy i coraz wolniej wypuszczaj膮c p贸藕niej oddech. Stara艂 si臋 przez to uspokoi膰 zar贸wno umys艂, jak i szale艅czo bij膮ce serce. Nie mia艂 poj臋cia jak pouk艂ada膰 ca艂膮 t膮 burz臋 my艣li. Cicho otworzy艂 drzwi i zamar艂 w p贸艂kroku. Le偶a艂a zwini臋ta w k艂臋bek, a jej cia艂em niemal szarpa艂o kolejne ataki szlochu, kt贸ry stara艂a si臋 t艂umi膰, wtulaj膮c twarz w poduszk臋. - Clary, cholera - warkn膮艂 siadaj膮c obok niej na 艂贸偶ku i przyci膮gaj膮c j膮 do nied藕wiedziego u艣cisku, staraj膮c si臋 tym j膮 uspokoi膰. - Gdzie ten Herondale? Czemu siedzisz sama i p艂aczesz? Clary艣, co jest, na Anio艂a! - Po.... Po... Poszed艂... Nie.... Nie... Wi...em... Ggg..dzie - powiedzia艂a mi臋dzy kolejnymi szlochami. - Csii.. - wyszepta艂, przytulaj膮c j膮 jeszcze mocniej. - Ale czemu p艂aczesz? - zapyta艂, ca艂uj膮c j膮 w czo艂o i delikatnie ko艂ysz膮c j膮, staraj膮c si臋 j膮 uspokoi膰. - Je...Jestem w ci...ci膮偶y - wychlipa艂a, chowaj膮c twarz w jego ramieniu. - Pppowiedzia艂am mu i... i... i pooszed艂 - wychlipa艂a, a jej klatka niemal trz臋s艂a si臋 od 艣rodka, jak w drgawkach. - Jak to poszed艂? - zapyta艂, zaciskaj膮c palce na jej ramieniu. - Ten skurwiel ci臋 zostawi艂 z dzieckiem?! - krzykn膮艂, czuj膮c, jak gniew niczym trucizna przeszywa jego naczynia krwiono艣ne. - Jona... To... - Nie. Zabije tego psa, rozumiesz? ZA-BI-JE! Clary niczym oparzona odskoczy艂a od niego. Ledwo utrzyma艂a si臋 na kraw臋dzi 艂贸偶ka i zas艂oni艂a twarz ramieniem. Ch艂opak sapn膮艂, widz膮c przera偶enie w jej oczach i niebieski ognik, skacz膮cy niewinnie mi臋dzy jej palcami. Sam cofn膮艂 si臋, niemal upadaj膮c z 艂贸偶ka. Zerkn膮艂 na przera偶on膮 siostr臋 i roz艂o偶y艂 r臋ce. - Clary... Dziewczyna nie opu艣ci艂a r臋ki, a jedynie kolejne 艂zy pop艂yn臋艂y po jej policzkach. Poczu艂 b贸l, kt贸ry zacisn膮艂 jego serce. Niemal jak pijany zatoczy艂 si臋 do drzwi i wyszed艂 na korytarz, napotykaj膮c pytaj膮ce spojrzenie Jocelyn i Isabelle. Zobaczywszy szatynk臋 odwr贸ci艂 si臋 i opieraj膮c o 艣cian臋 chcia艂 ju偶 i艣膰, ale zatrzyma艂 go a偶 zbyt g艂o艣ny krzyk Isabelle pytaj膮cej, co si臋 sta艂o. - Ten skurwiel zostawi艂 j膮 sam膮... Z dzieckiem... - warkn膮艂, id膮c staraj膮c si臋 opanowa膰 gniew i jednoczenie jak najszybciej znikn膮膰 z pola widzenia Isabelle. Stan膮艂 przed pla偶膮, na kraw臋dzi piasku i trawy. Wpatrywa艂 si臋 w nieruchom膮 tafl臋 niemal martwego jeziora - 偶aden podmuch nie marszczy艂 nawet powierzchni wody, przez co z daleka wygl膮da艂a jak ogromna, srebrna moneta, jeszcze przed wybiciem na niej nomina艂u. Niczym p艂aski okr膮g艂y, 偶eton. Odetchn膮艂 jeszcze kilka razy zimnym, nocnym powietrzem, patrz膮c w gwiazdy. Szum w g艂owie usta艂. By艂 spokojny, ale dalej m臋czy艂o go co艣, przeczucie, 偶e mimo to, szykuje si臋 co艣. Uparcie wpatrywa艂 si臋 w to艅 jeziora. Chcia艂by kiedy艣, aby Clary zobaczy艂a to miejsce. Mo偶e by namalowa艂a tu spokojny, sielankowy obraz? Mo偶e by urz膮dzaliby tu sobie piesze wycieczki z ich dzieckiem? Clary. My艣l, 偶e zostawi艂 j膮 sam膮 w pokoju, wychodz膮c bez s艂owa uderzy艂a w niego, niczym piorun. Przecie偶 ona teraz mog艂a zalewa膰 si臋 艂zami, kiedy on my艣li o sielance nad jeziorem! - Cholera! - warkn膮艂 i ruszy艂 biegiem w stron臋 domu. "Je艣li przeze mnie co艣 zrobi艂a, p艂aka艂a, czy co艣 gorszego, chyba tu zn贸w przyjd臋... Z kamieniem m艂y艅skim." pomy艣la艂, coraz szybciej biegn膮c. - Clary, ale on mo偶e chce wszystko przemy艣le膰... Nie wierze, 偶eby chcia艂 zostawi膰 ciebie i dziecko... - Prze...cie偶 wyszed艂... Nie chce... Nas - wyduka艂a. Jocelyn pokr臋ci艂a g艂ow膮 i jeszcze mocniej przytuli艂a do siebie c贸rk臋. Cicho zacz臋艂a jej nuci膰 jak膮艣 melodi臋, g艂adz膮c j膮 po g艂owie i co jaki艣 czas ca艂uj膮c jej czo艂o. Isabelle, nie wiedz膮c co robi膰 po艂o偶y艂a si臋 po drugiej stronie i sama zacz臋艂a g艂adzi膰 dziewczyn臋 po ramieniu, pr贸buj膮c j膮 uspokoi膰. Kiedy rudow艂osa w ko艅cu zasn臋艂a zm臋czona szlochaniem obie wsta艂y i po cichu opu艣ci艂y pok贸j. Odesz艂y na wszelki wypadek kilka krok贸w i dopiero spojrza艂y po sobie. - To nie mo偶liwe, 偶eby zostawi艂 je. - Je艣li nie wr贸ci do rana... Jonathan... - Co si臋 z nim dzieje? Dlaczego tak uciek艂? Dlaczego mnie opycha, gdy co艣 zaczyna si臋 dzia膰? - Chce ci臋 ochroni膰 przed samym sob膮, ale akurat teraz powinna艣 go zostawi膰 samego. Musi si臋 uspokoi膰. - Mog臋 mu pom贸c, wesprze膰, czemu mnie odpycha? - S膮 rzeczy z kt贸rymi sam do ko艅ca sobie nie radzi, ale 偶eby to do siebie przyswoi膰 potrzebuje czasu. Musi zrozumie膰, 偶e... To czas, aby powiedzie膰 ci wszystko. - Wszystko? - Ja ci nie mog臋 powiedzie膰, bo to decyzja mojego syna, ale... Jeste艣 dla niego wa偶na, nie w膮tp w to. On po prostu potrzebuje czasu. Wiele w jego 偶yciu teraz si臋 pozmienia艂o i musi poczu膰 stabilizacj臋, zanim ci powie. W g艂臋bi duszy to dalej ch艂opiec, kt贸ry chce bezpiecze艅stwa i akceptacji. - Kocham go... - wyszepta艂a, obejmuj膮c si臋 ramionami. - Nie chce, 偶eby przede mn膮 ucieka艂, przez to jaki jest... Kocham go takim jaki jest. - Wiem Izzy. I on te偶 to wie, ale musi w to uwierzy膰. Musi do niego dotrze膰, 偶e to prawda i 偶e to si臋 nie zmieni. Wpad艂 do rezydencji i wbieg艂 po schodach. Kiedy jednak chcia艂 skr臋ci膰 w korytarz do jego pokoju kto艣 pchn膮艂 go na 艣cian臋, uderzaj膮c nim do艣膰 brutalnie. Chcia艂 si臋 wyrwa膰, ale 偶elazny u艣cisk nie tylko nie pozwoli艂 mu na to, ale z ka偶dym jego ruchem stawa艂 si臋 coraz mocniejszy. - Jak my艣lisz, Herondale, co ci zrobi臋, za to, co zrobi艂e艣 mojej siostrze? Jace, gdyby nie widzia艂 Jonathana we Dworze, pewnie by odetchn膮艂, ale zwa偶ywszy na tamto do艣wiadczenie spi膮艂 si臋 jeszcze bardziej. - Jonathan, wiem jak j膮 skrzywdzi艂em i chcia艂em to teraz naprawi膰... - Naprawi膰? - powt贸rzy艂 szyderczo. - A powiedz mi, jak chcesz naprawi膰 jej atak paniki i niepohamowanego p艂aczu, co? Jak chcesz jej zrekompensowa膰 strach i b贸l jaki prze偶y艂a przez ciebie? Jak chcesz jej powiedzie膰, 偶e najpierw uciek艂e艣, a p贸藕niej wracasz sobie i my艣lisz, 偶e wszystko jest za艂atwione, co? S艂ucham, Herondale? - Nie wynagrodz臋 jej... Nie b臋d臋 umia艂 tego cofn膮膰 Jonathan, ale zapewni臋 i jej, i dziecku najlepsze warunki i bezpiecze艅stwo. Jonathan, kocham twoj膮 siostr臋 i zrozumiem, je艣li za to, co zrobi艂em... Nie jestem wart, 偶eby do niej i艣膰 i prosi膰, 偶eby mi wybaczy艂a. Ja to zrozumiem, ale mam nadzieje, 偶e dasz mi szans臋. Powiedzia艂a, 偶e jest w ci膮偶y, a ja spanikowa艂em. Tak, przestraszy艂em si臋, bo id膮 okropne czasy i nie chcia艂em, 偶eby dziecko urodzi艂o si臋 w takim koszmarze. Ale skoro jest... To zrobi臋 wszystko, 偶eby to si臋 sko艅czy艂o zanim przyjdzie na 艣wiat. Tylko tak mog臋 jakkolwiek pokaza膰 jak mi na nich zale偶y... - Kochasz j膮? I dlatego j膮 zostawi艂e艣? - Musia艂em to wszystko przemy艣le膰, ale teraz ju偶 wiem. Nie zostawi臋 jej. - Ju偶 to zrobi艂e艣 Herondale... - Nie zrobi臋 tego kolejny raz... Je艣li tylko mi na to pozwolisz. - Gdyby moja siostra tak ci臋 nie kocha艂a - warkn膮艂, puszczaj膮c go. - P艂aka艂a... By艂a przera偶ona, a teraz 艣pi... Lepiej nie zra艅 jej drugi raz, bo to b臋dzie tw贸j ostatni... Mimo tego, 偶e bardzo ci臋 lubi臋 Jace. - Zobaczymy, czy mi w og贸le tym razem uda si臋 j膮 przeb艂aga膰 na 2 szans臋, bo jak nie, to... To dom b臋dzie ich, za艂atwi臋 im to. - Jak to? - Jak mi nie wybaczy to zostaje mi tylko jezioro Lyn, tak jak ci m贸wi艂em. Ch艂opak nic ju偶 nie powiedzia艂, jedynie k膮ciki ust podnios艂y mu si臋 lekko do g贸ry. Nie wiedzia艂 jak to interpretowa膰, dlatego powoli ruszy艂 do pokoju. Ostro偶nie wszed艂 do sypialni. Zamkn膮艂 za sob膮 drzwi i serce z艂ama艂o si臋, kiedy zobaczy艂 艣lady 艂ez u dziewczyny - czerwone oczy i policzki, suche usta. Odetchn膮艂 g艂臋boko i cicho zdj膮艂 z siebie kurtk臋. Powoli podszed艂 do 艂贸偶ka i delikatnie uca艂owa艂 j膮 w czo艂o. - Tak bardzo przepraszam Clary... Nie wiem, jak mog艂em tak skrzywdzi膰 moj膮 ukochan膮... Zsun膮艂 si臋 z 艂贸偶ka i chcia艂 zn贸w wyj艣膰, poczeka膰 na korytarzu na ranek, kiedy dziewczyna si臋 obudzi, ale us艂ysza艂 szelest i cichy szept. - To dlaczego zn贸w wychodzisz? Odwr贸ci艂 si臋 i zobaczy艂 intensywnie wpatruj膮ce si臋 w niego t臋cz贸wki. - Clary - wyszepta艂. Podszed艂 do niej i przytuli艂 j膮 mocno. - Przepraszam, ale by艂em w szoku... Nie chcia艂em mie膰 teraz dziecka, teraz kiedy nadchodzi wojna, ale... Ale skoro ju偶 mamy dziecko w drodze, b臋d臋 musia艂 zako艅czy膰 t臋 wojn臋, zanim si臋 urodzi... - Co? - Kocham ci臋. Kocham nasze dziecko. Kocham was. I przepraszam, za to, 偶e ci臋 zostawi艂em. Ju偶 tego nie zrobi臋, je艣li tylko b臋dziesz chcia艂a da膰 mi nast臋pn膮 szans臋... - Nie m贸wisz tego, bo Jonathan, albo... - Kocham ci臋 Clary. To jedyny pow贸d. Kocham ci臋 i sp臋dz臋 z Tob膮 ca艂e 偶ycie, je艣li tylko tego b臋dziesz chcia艂a. Przez chwil臋 wpatrywa艂a si臋 w niego intensywnie. Po chwili jednak jej ma艂e r膮czki z艂apa艂y za klamr臋 jego spodni, kt贸r膮 sprawnie odpi臋艂y zsuwaj膮c je. Jace skopa艂 je z n贸g i zrzuci艂 z 艂贸偶ka, patrz膮c na dziewczyn臋, kt贸ra podci膮ga艂a mu w tym czasie koszulk臋. Zdj膮艂 j膮. - Chod藕 do mnie - wyszepta艂a, przykrywaj膮c go ko艂dr膮. - Jeste艣 zimny... - My艣la艂em, 偶e gor膮cy... - odpar艂, wywo艂uj膮c u niej 艣miech. - C贸偶, przekaza艂e艣 chyba to dziecku ze strat膮 dla siebie. - To 偶adna strata. Nawet mi艂o, 偶e dziecko b臋dzie mia艂o co艣 po mnie - odpar艂, przytulaj膮c j膮 do siebie. - Kocham ci臋. - My ciebie te偶 - wymrucza艂a, odpr臋偶aj膮c si臋 wtulona w niego.
Lily siedzia艂a w swoim gabinecie i rozmy艣la艂a o przesz艂o艣ci gdy z zadumy wyrwa艂o j膮 pukanie do drzwi. Krzykn臋艂a;Prosz臋. I ujrza艂a Jace'a. Popatrzy艂 na ni膮 i wiedzia艂 偶e jest smutna i spyta艂: - Jak si臋 czujesz? Pewnie jest dla ciebie trudne to wszystko bo przywozi to z艂e wspomnienia. - Bywa艂o lepiej , ale nie jest tak 藕le jak Ci si臋 wydaje. Ju偶 si臋 pogodzi艂am z tym co sta艂o si臋 z Jonathanem . W g艂臋bi duszy nadal go kocham , ale nie potrafi艂am mu teraz tego wybaczy膰. My艣la艂am, 偶e pozby艂am si臋 go na zawsze i on nigdy nie wr贸ci. Wiesz jak tam Clary ? Pewnie musi by膰 zszkowona informacjami o jej prawdziwej rodzinie - Z tego co wiem to siedzi w swoim pokoju i nie chce nikogo widzie膰 nawet Aleca nie wpu艣ci艂a. Mo偶e ty sprob贸j . Z tob膮 mo偶e b臋dzie chcia艂a pogada膰 bo z nas wszystkich znasz jej brata najlepiej. Jej pok贸j jest na 4 pi臋trze. Mieszka w twoim starym pokoju. - Mog臋 spr贸bowa膰 ale nie wiem czy si臋 uda .- odpowiedzia艂a Lily , wysz艂a z gabinetu i ruszy艂a do pokoju Clary. Gdy ju偶 by艂a pod pokojej siostry Jonathana poczu艂a l臋k i niepewno艣膰 czy dobrze robi ale zapuka艂a do drzwi i us艂szy艂a zap艂akany g艂os Clary: - Nie chc臋 z nikim rozmawia膰. Chc臋 zosta膰 sama. - Chyba ze mn膮 chcesz porozmawia膰 . To ja Lily. Rozumiem , 偶e jest to przyt艂aczaj膮ca informacja ale chyba chcesz si臋 czego艣 wi臋cej dowiedzie膰 o swojej rodzinie? Lily us艂ysza艂a przekr臋canie kluczyka w zamku . Clary uchy艂i艂a drzwi i wpu艣ci艂a Lily do 艣rodka oraz zamkn臋艂a za ni膮 drzwi. - Znasz bardzo dobrze moj膮 rodzin臋 , prawda ?- spyta艂a Clary . Siostra Jace'a pokiwa艂a twierdz膮co g艂ow膮 . - Opowiesz mi o Jonathanie? Jak si臋 spotkali艣cie , jaki by艂 i czemu wszed艂 na ciemn膮 drog臋? - Mieli艣my po 15 lat. Uratowa艂am go przed demonem. Polubili艣my si臋 , zaczeli艣my wsp贸lne trenowa膰 i chodzi膰 na misje. Pewnego dnia spyta艂 czy nie zosta艂am bym jego parabatai. bez zastanowienia powiedzia艂am tak. Teraz tego 偶a艂uj臋 bo przez to wiele os贸b w Clave mi nie ufa bo by艂am i jestem blisk膮 osob膮 z otoczenia waszego ojca. Wszyscy wiedz膮, 偶e ja i tw贸j brat byli艣my w sobie po uszy zakochani. Po tym jak zostali艣my parabatai chodzi艂am z Alec . Pewnie ci o tym nie m贸wi艂 bo z艂ama艂am mu serca i nie wiesz jak bardzo tego 偶a艂uje. Wiem jak prze偶ywa艂 nasze rozstanie i nie rozumiem czemu mi wybaczy艂 .Je艣li chodzi o przechodzenie na ciemn膮 stron臋 to tylko mi艂o艣膰 do waszego ojca sk艂oni艂a Jonathana do walki przy jego boku. Chcia艂 偶ebym do niego do艂膮czy艂a , ale nie potrafi艂abym zostawi膰 ludzi na kt贸rych mi zale偶y i walczy膰 przeciwko nim. Postawi艂am mu ulimatum albo ja albo ojciec. By艂am przekonana kogo wybierze to 艂udzi艂am si臋 , 偶e wybierze inaczej. Odszed艂 i mam w膮tpliwo艣ci czy to nie on porwa艂 tych wampir贸w z klanu Rapheala. Nie wszyscy to wiedz膮 ale ty , Jace i ja mamy zwi臋koszon膮 ilo艣膰 anielskiej krwi . Ja i Jace mamy to w genach, d艂ugoby opowiada膰 czemu . Ty natomiast jeste艣 eksperymentem Valentine'a . Gdy twoja mama by艂a w ci膮zy z tob膮 wstrzykiwa艂 ci krew anio艂a . Natomiast Jonathan ma krew demona, robi艂 to tak sam膮 jak z tob膮 . Jonathan szybko wpada艂 we w艣ciek艂o艣膰 . Tylko ja potrafi艂am go opanowa膰 . Nie zawsze mi si臋 to udawa艂o . Nic si臋 nie poradzi艂o gdy faceci si臋 kr臋cili ko艂o mnie . Jace ma tak samo . Nasi bracia byli przyjaci贸艂mi cho膰 Jace nienawidzi Jonathana na sp贸艂k臋 z Alec. Dla Lily by艂a to ci臋偶ka rozmowa , bo nie lubi艂a o tym m贸wi膰 . Clary widzia艂a jak ta rozmowa jest trudna dla Lily. Podesz艂a do niej i j膮 przytuli艂a .Clary szepn臋艂a jej do ucha: - Dzi臋kuj臋 , 偶e mi to powiedzia艂a艣 P贸藕niej zacz臋艂y rozmawia膰 o r贸偶nych rzeczach. Gdy nagle us艂ysza艂y alarm i do pokoju Clary zapuka艂 Alec i powiedzia艂 : - Lily mamy problem Camilla馃槏
jace i clary w ci膮偶y